Lenistwo a pisanie.

Nieodłączną cechą mojej skomplikowanej skądinąd osobowości jest cholerne, brzydkie i znienawidzone przeze mnie lenistwo.

W pewnych przypadkach jest dobre, bo nie istnieje zagrożenie, że się przepracuję, zniszczę sobie rączki czy cerę na skutek chronicznego niewyspania. Nie, to to akurat mi nie grozi. Jestem fizycznie wypoczęta i możliwe, że zaowocuje to długim żywotem ale z zastanymi, sztywnymi stawami. Ale to akurat nic pewnego.

Jednak jeśli chodzi o pisanie, to lenistwo blokuje wszelki postęp. Czasem mam jakiś pomysł, widzę obrazy, sceny, nawet błyskotliwe zdania. Niestety nie chce mi się ich zanotować. To jakiś koszmar. Potem nigdy już słowa nie ułożą się w taki sam sposób. I tak przepieprzam sukcesywnie duże kawałki czasu. Odchodzą i nie wracają, wiadomo. I tylko tego typu strata czasu najbardziej boli.

Jak mogę walczyć z lenistwem, skoro to cała ja. Nie można ze sobą walczyć. Trzeba być sobą. Wiadomo pod czyim wpływem jestem w tej chwili.

No ale też nie można tej głupiej i nieproduktywnej cechy hołubić. Nie, nigdy. Można tylko wypracować sobie pewne techniki jej obejścia. Jasne, że potrzeba do tego małej samodyscypliny, najlepiej codziennej.

W ogóle wszelka systematyczność jest fajną sprawą i to we wszelkich aspektach.

Tak więc ja robię to tak:

Mam stałe godziny, gdzie zasiadam do pisania. To, że czasem mam pustkę w głowie to nic. Siadam, otwieram plik i próbuję. Czasem jest to bla bla bla ale udaję, że piszę. Nie potrzebna mi Wena. Jawnie ja olewam. Nie chciała przyjść, to niech sobie tam gdzieś lata, mam ją w nosie.

Tymczasem ona widzi, że nie jest mi potrzebna i przychodzi mnie podglądać. „Oh…” – myśli – „radzi sobie beze mnie… Ciekawe z jakim skutkiem.” I przychodzi wścibska zaglądać mi przez ramię. I po chwili już ją mam. ;)

To nie jest tak, ze musimy mieć spokój, opiekę muz i wszelkie warunki, żeby pisać. Nie musimy. Jasne, że działająca w sąsiedztwie wiertarka czy młot pneumatyczny nie ułatwiają skupienia, ale piorąca pralka czy krzątający się domownicy nie powinni rozpraszać. Bo w sumie rzadko kto może sobie pozwolić na pustelnię.

Czasem dobre moje teksty powstają na prędko. Ostatnio wysyłałam próbkę do oceny pani filolog, która tym się zajmuje. Był limit objętości i chciałam napisać jedną scalającą scenę. Napisałam, tylko po to, żeby wykorzystać miejsce. Hmm… ten fragment został podsumowany jako świetny. Byłam podbudowana.

Ale o krytyce i pochwałach innym razem. :)

Tak wiec piszę rano po kawie i po zapoznaniu się pobieżnie z wieściami ze świata. Pobieżnie, żeby nie obciążać psychiki negatywnymi myślami. Potem wieczorem po obrobieniu się. Po względnym obrobieniu.

Kiedyś nabijałam się z powiedzonka pracusiów: „Obrobić się, obrobić i spokój” Hehe

NIGDY SIĘ NIE OBROBISZ.  Możesz co najwyżej się wściec. Zawsze będzie coś do zrobienia. Wiec nie przeskakujmy samych siebie, bo to rodzi niepotrzebne, małe a potem większe frustracje. Po co nam to.

Tak naprawdę to każdy piszący ma jakieś swoje sposoby i często się z nim dzieli. Ostatnio wielu z nich pisze o swoim sposobie pracy. Nie spotkałam się do tej pory ze sposobami na lenistwo, ale czasem przeczytam ciekawe rzeczy o istocie powieści czy opowieści. Ciekawe jest jak to oni widzą.

Teraz czytam :

Bardzo urokliwie napisana książka. Rzecz jest o istocie powieści. Tak jak to widzi sam noblista. Warto go posłuchać, bo on sam mówi, że stara się pisać powieść tak, żeby się czytelnikowi podobały, w ten sposób w jaki on sam chciałby być traktowany przez pisarzy powieści które czyta.

 

Generalnie, to wszelkiej twórczości powinna towarzyszyć troska o odbiorcę. Bardzo to piękne.