Nerwowe wakacje.

Nie pisałam bardzo dłuuugo, ale dopadła mnie nerwówka. Wszystko o to, że rodzina miała zamiar się rozjechać po całym świecie a ja miałam zostać na włościach z psami i z kotem z tym, że miałam między innymi pilnować, by to towarzystwo się nie spotkało. Psy na podwórzu a kot w domu.

I tak się w końcu stało. Nawet nie upłynęło połowę tych wakacji a ja już tęsknię do października. Wcześniej myślałam, że to będzie okazja do twórczości literackiej, no bo wiadomo, nikt mi nie przeszkadza, mogę pisać całą noc a potem spać do południa. Kto mi zabroni?  Ano nikt, tylko że kot ma inny rozkład dnia. Nawet jak śpi przy zaświeconym świetle to i tak wstaje o piątej i domaga się wyjścia na dwór. No więc wstaję nieprzytomna i idę zamykać psy w kojcu a kot już grzecznie czeka. Zastanawiam się czy nie zamienia się charakterem w psa bo jeszcze nie zmieniałam kuwety, w całym domu pachnie… Córka poradziła mi kupić 50 kg żwirku a okazało się, że jeszcze nie zmieniałam zawartości kuwety. Ponadto chodzi za mną wszędzie. Ja do ogródka to on do ogródka. Ja z praniem do sznurka to on też. Najlepiej się czuje z człowiekiem. Trochę tylko za duży ma apetyt i siedziałby tylko w kuchni. Nie ma w swoim kocim mózgu tego komunikatu: „Jestem już nażarty”.

Ale okazało się, że te problemy to pryszcz. Najlepiej było, jak na tej wyspie, gdzie jest moja córka było trzęsienie ziemi. Dobrze, że najpierw dostałam wiadomość od niej a potem dopiero przeczytałam wiadomości, bo gdyby kolejność była odwrotna to sądzę, że mój awaryjny zestaw z nitrogliceryną byłby wreszcie potrzebny. Na razie stoi na półce pod ręką, żebym w razie incydentu wieńcowego, mogła go w stanie szybko użyć…

Praca pozostałych dzieci na razie przebiega bez przeszkód i modlę się, żeby tak zostało już do października. Od kiedy jak się taka rozmodlona zrobiłam? Jakoś to umknęło mojej uwadze.

Niby nie piszę ale jest inna aktywność. Otóż zaczęłam szyć. Po paru niewypałach nastąpił pełny sukces. Wykonany przeze mnie letni kombinezon pojechał w świat. W drugą stronę, do Grecji pojechały też krótkie spodenki.

Niewiele tego ale już nabieram ochoty na następne modele. Nawet wczoraj biegałam za tkaniną na letnią bluzkę. Złapał mnie deszcz i od pasa w dół cała przemokłam. Dziś też coś się kojarzy i w sumie jestem zadowolona bo nie muszę podlewać ogródka. Za to za chwilę należy się spodziewać świeżego rzutu dorodnych chwastów.

Oprócz szycia i dogadzania kotu lubię jeszcze czytać wydawnictwa medyczne albo para medyczne. Lubię czytać o medycynie alternatywnej i powoli robi się z tego moje małe hobby. Przy całym moim roztrzepaniu i sklerozie zauważam, że jeżeli coś z tego tematu przeczytam to PAMIĘTAM. Chyba dobry byłby ze mnie lekarz. Na lekarza za późno, ale na szamana jeszcze nie  ;)  .

Przypomniało mi się jak podczas ulewy byłam w firmowym sklepie mojego ulubionego producenta wędlin. (Przez niego nie mogę ze cholerę przejść na wegetarianizm). Panie ekspedientki chętnie sprzedają firmowe reklamówki i za każdym razem z troską pytają.

Sympatyczny, pulchny pan z brodą ( w moim typie) na pytanie: „Ma pan w co sobie włożyć?” Odpowiedział: ” Tak, jeszcze mam. Tam stoi przed sklepem”…

No gruuubo, ale rozbawiło mnie to.

Potem pomyślałam, że ja też nie lubię towarzyszyć mojemu panu mężowi przy zakupach. Też wolałabym stać na deszczu przed sklepem i nie słuchać jego głupkowatych żartów. Czasem trzeba odpuścić. Własne samopoczucie najważniejsze.

 

A oto moje dzieło na wdzięcznej modelce:

kleje