Choroby, przemoc ekonomiczna i nic nowego.

Wychodzi na to, że sarkoidoza to nie będzie jedyna moja udokumentowana przypadłość. Pewnie do RZS dojdzie jeszcze głęboka depresja. Psychiatra potrzebny od zaraz. No i prochy. Żeby być ciągle na haju, żeby nie myśleć jak to mi się wszystko nie udało. Może to jeden, pojedynczy atak bólu, może przejdzie. Na razie jednak chodzę jak kaczka z przetrąconymi kończynami, i czasem rzuca mnie w nieprzewidywalne strony. Pól biedy jak jest to wolna przestrzeń, ale gorzej jak jest to ściana albo futryna drzwi. To wszystko z powodu chodu ochraniającego stawy.

Rodzina podchodzi z pretensjami, dlaczego to mnie spotkało i dlaczego nic nie robię w domu, a w ogóle jakim prawem czasem płaczę. To tak wkurza rodzinę, że rodzina hamuje agresję. A w ogóle to na to się nie umiera. Ich zdaniem powinnam zachorować na coś konkretniejszego, żebym padła w pościel, pluła krwią i rozkładała się na ich oczach, byle prędko, bo czegoś takiego nikt nie wytrzyma na dłużej. Oddzielną sprawą są znów pieniądze. Jak śmiałam iść prywatnie do lekarza, przecież od lat mam pewne problemy. Akurat na tego specjalistę czeka się miesiącami a mnie się zachciało wykluczać pewna ewentualność akurat teraz. Powinnam na początku się zapisać na fundusz, to bym się doczekała.

Tym trybem myślenia to powinnam się zapisać już teraz do laryngologa, a nuż mi za 2 lata polip w nosie wyrośnie?

Dzieci stoją za ojcem bo on ma kasę. To moja porażka pedagogiczna. Trzeba było walić po łbach o byle gówno, wydzierać się przy każdej okazji i myśleć tylko o sobie. Po raz kolejny nastąpił paragonowy idiotyzm. Tak wiec chyba zakupy będzie robił ktoś inny. Nie mogę zbierać dowodów bo nie mam siły. Musiałbym ciągle mieć włączone nagrywanie. Ja po prostu nie mam na to warunków. Z panem mężem nie ma sensu gadać, bo zawsze to samo. Jakieś wywlekanie cudów sprzed 20 lat, gdzie podobno parę tysięcy wydawałam na książki miesięcznie… Hmm powinnam mieć już tutaj drugą Bibliotekę Narodową.

I zawsze miałam wielkie wymagania. No prawda. Teraz też mam. Ale na wymaganiach się kończy. Bo prawdą jest, że męża kosztuję tyle co żarcie i trochę wody z mydłem. Ciuchy kupuję w lumpie a buty kupowali mi rodzice. Wszystko inne kupuje za swoje, które mam z rękodzieła. Oczywiście nie ma jakichś tam ekscesów, bo wiadomo jakie to sumy.

To jest jawne skurwysyństwo, tak traktować żonę gdy się zarabia tyle ile się zarabia.

Dużo w tym mojej winy. Trzeba było zostawić dzieci z kluczami na szyi albo pod opieką ciemnej ciotki, gdzie siostrzeńcy mieli niesamowite pomysły a niektóre na granicy prawa. Trzeba było pogonić chora teściową, niech idzie do córki a nie godzić się na rolę darmowej opiekunki, po której się jeździło jak po łysej kobyle. I nie można było nic powiedzieć, no bo to osoba chora i z tego powodu znerwicowana.

Oj to teraz JA. Nadchodzą moje choroby i moje znerwicowanie.

Mam już dosyć. Po co te wszystkie trapie, po co te wszystkie mądre książki, jak koniec końców i tak ci pokażą co jesteś warta i kim jesteś.