Noworoczna, mała euforia.

Przeszło połowa miesiąca stycznia a u mnie fajnie. Sama nie wiem dlaczego, ale nieistotnie bo najważniejsze, że się dobrze czuję. Rozgoniłam stan zapalny lekami a wyniki też prawie idealne. Wskaźniki stanu zapalnego zbliżają się powoli do granicy normy. Jakby było dobrze, gdyby sarkoidoza się wycofywała…

Nawet mam sporo siły. Zdarza mi się nawet wypiekać dwa ciasta na weekend. To niebywałe. W tym tygodniu jestem sama bo wysłałam córkę do dziadka. Po prostu lepiej jej będzie z dojazdami na praktyki. No i mam luz.

Niewiele fizycznie pracuję, skupiłam się raczej na pisaniu. Tak w ogóle trudno mi było osiągnąć w tym systematyczność. A przecież bez tego nie ma mowy o żadnym postępie. Niby to dobrze wiem, ale lenistwo zwycięża. A przecież moja ulubiona sentencja to: nulla dies sine linea .

No dobrze, na siłę pracujemy codziennie. A właściwie to powinno być przyjemnością. Zauważyłam, że gdy coś napiszę to mam lepszy nastrój. Gdy mi się to nie uda, mam potworne wyrzuty sumienia o stracony dzień. To wszystko chyba o czymś świadczy. Już na pewno o jakiejś pasji.

Już nie chce mi się żalić, jak to ojciec mnie olewa, lekceważy. Nie mam ochoty analizować przeszłości. Może kiedyś to zrobię jak będę gotowa. A może nigdy. Może wrócę do tego kiedyś w postaci jakichś zapisków albo książki… No ale kto by chciał coś takiego czytać?

Tymczasem tworzę. Jakoś tak w oderwaniu od tamtych problemów. Dziś zamierzam skończyć jedno z opowiadań. Nie chcę go zamieszczać na żadnym portalu dla piszących. Przekonałam się, że to bez sensu. Opowiadania będę zbierać. Może kiedyś się przydadzą. Skończę dziś albo jutro i zamieszczę w zakładce „Ple ple” albowiem nie mam tytułu. Za wszelkie pomysły jego dotyczące będę wdzięczna.

 

:)  Opowiadanie już jest, zapraszam w zakładkę PlePle

 

 

Ból tego i owego.

Ostatnio robię porządki. To znaczy pozbywam się toksycznych znajomości. Doszło już do takiego momentu, że zastanawiałam się dlaczego wszyscy mnie lekceważą. Czy ja mam coś  w sobie, co to prowokuje?

No to teraz spokój, nie ma durnych gadek i dołowania. Zajęłam się pisaniem. Końca nie widać, ale w międzyczasie piszę opowiadanko. Blokada została zdjęta. Nie wiem kiedy. A właściwie wiem. Wtedy gdy pogoniłam niektórych debili z mojego życia. No jednego się nie da, bo kto by mnie utrzymywał hahaha. Jestem bezczelna i chamska w tej chwili, ale więcej tego otrzymałam i to tylko mały procent, który oddaję.

Dlaczego ja się zadałam z niewłaściwymi ludźmi. Co oni właściwie wyprawiają? Ja taka stara i mądra. Jestem stara ale widocznie głupia. Nawet serwetkowy interes mi nie wychodzi. Nie lubię tych wszystkich łachów, tkanin, nici, włóczek w motkach. Bo i tak nie zacznę z tego tworzyć. Możliwe, że coś uszyję. Ale tylko tyle.

Kiedyś w lumpeksie chodziłam z kuponem tkaniny do hardangera. Załadowałam w koszyk i się cieszę… Po dłuższym czasie doszłam do pytania: Po co mi to? Przecież mam słaby wzrok, nie mam czasu i nie mam przede wszystkim chęci na robótki. Będę się pozbywać tych wszystkich rzeczy. Zostaną książki, kilka kuponów tkanin, i maszyna do szycia. Może się skuszę.

Wakacje będą ciężkie a potem to prawdziwa tragedia. Możliwe, że na tygodniu będę zupełnie sama w domu. I co wtedy robić? Przyjdzie zidiocieć. Na dodatek postanowiłam zacząć zdrowo się prowadzić. Co oznacza nieużywanie używek. No, może kawka z rana. Ale jak wytrzymać ten durny żywot bez alkoholu? Chyba trzeba zacząć na dobre medytować.

W dalszym ciągu nie udaje mi się błogosławić jedzenia. Zapominam o tym. Mam tak tylko do roślin. Nawet jak kroiłam szpinak na zupę to o tym nie myślałam. Mam sobie poprzylepiać kartki?

Ale pocieszające jest to, że nie tyję. O ile nie chudnę. Ale to może z pomocą wprowadzenia większej ilości warzyw do jadłospisu.

Ja ten wpis robiłam chyba trzy dni. Piszę i piszę i nic odkrywczego nie wychodzi. Widać walkę. Walkę o spokój i czystą atmosferę, potrzebną do tworzenia. Ale przecież mało kiedy tak jest, żeby było idealnie. Trzeba nauczyć się pisać również w lekkim podpierniczeniu, zeby nie powiedzieć dosadniej.

Tworze znów opwiadanie, ale mam dosyć pokazywania moje twórczości na jakichś tam portalach dla grafomanów. Masakra. Wolałabym, żeby mnie ktoś skrytykował naprawdę. Tak jak to kiedyś zrobiła Pani Joanna W.-B. , aczkolwiek było to w przeważającej części pochwały.

Opowiadanie jest trochę, niepoprawne politycznie… Muszę się chyba śpieszyć, zanim zawita fanatyzm.    ;-)

A ból? Boli mnie wszystko.

 

 

Cormac to dopiero…

Przeczytałam „Dziecię boże” McCarthy’ego, oczywiście jednym cięgiem, bo inaczej się po prostu nie da. To jest jedna z tych książek, przy czytaniu których co jakiś czas głośno wykrzykuję „O matko …. ” a nawet w paru miejscach zdarzyło mi się „No, ja p….. ę „.

Od pierwszego zdania do ostatniego zasysa i nie puszcza.

No i właśnie o to chodzi. Książka powinna być zajmująca. O czym by nie była. Najlepiej niech coś się zacznie w pierwszych sześciu zdaniach. Ale nie będę tutaj wklejała rad przetransportowanych z poradników dobrego pisania. Bo wszystkie je uwielbiam, ale z każdego biorę co chcę.

Heh, przypomniała mi się książka „Piękny styl”, pragnęłam jej ale nigdzie jej nie było. Pewnego dnia natknęłam się na nią w księgarni. O jak dobrze mieć zapasy finansowe… ale do tego jeszcze wrócę w innym kontekście.

W każdym razie Steven Pinker też twierdzi, że dobre pisarstwo zaczyna się mocnym uderzeniem. Filmowcy już to dawno wiedzą: „Najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie wzrasta” , czy jakoś tak.

W przerwach miedzy wstrząsowymi pozycjami, czytam książki o wpływie myśli na materię. Nawet przeprowadzam eksperymenty. Wychodzą tak jak trzeba. To żadna nowość dla mnie. Eksperyment z różdżkami ominęłam, bo i bez tego czuję dokładne przepływy energii. Pewnie wielu uzna mnie za chorą…. ale wyraźnie czuje charakterystyczne „łaskotanie”. I to nie jest nic z tych rzeczy, że jak chce to czuję. Jestem i byłam sceptykiem. Nawet czasem to mi przeszkadza. Czasem nie chce tego tak intensywnie czuć, bo są momenty nieprzyjemnych wzdrygów. Coś jakby dreszczy, ale takich pojedynczych. Nie mam na to wpływu.

Najśmieszniejsze dla mnie był sposób na komunikowanie się z własną podświadomością według Sinielnikowa. Ja sceptyczna, wręcz naigrywająca się, ale robię tak jak kazał. I było jak powiedział, czym sprowokował nagły wybuch mojej wesołości. Ale może dlatego, że moja podświadomość mnie chyba lubi. Często wyłączam sceptyczny i kontrolujący UMYSŁ i dryfuję w polu SERCA.

Chętnie też wyglądam znaków. Różnie z nimi bywa, to fakt. Czasem trudno określić co jest znakiem. Podczas pierwszego eksperymentu odczytałam, że jednak powinnam pisać i dodatkowo utrzymać kontakt z kimś, do kogo jednak podchodzę z rezerwą i z niestety malejącym zainteresowaniem.

Generalnie będzie jak chcę. Jednak ciężko zogniskować te wszystkie siły. Zwłaszcza mnie, która z natury jestem leniwa.

Ale dobrze jest wiedzieć czego się chce i to raczej dokładnie. Taki dom, ten mężczyzna, taki pies, taki ogród. Żadnych ogólników.  Pamiętacie dowcip?

Do knajpy wchodzi facet ze strusiem, zamawia u kelnera setę i zapojkę.
- Płaci pan 5 złotych i 30 groszy – mówi kelner.
Facet sięga do kieszeni i wyjmuje dokładnie 5,30. Następnego dnia sytuacja się powtarza tylko rachunek za zamówione potrawy wynosi 17,60. Gość znowu sięga do kieszeni i daje kelnerowi odliczoną sumę.
- Jak pan to robi – pyta kelner – że zawsze wyciąga pan tyle ile wynosi rachunek?
- Aj panie – odpowiada gość – złowiłem złotą rybkę i ta przyrzekła mi spełnić dwa życzenia. Poprosiłem, żebym zawsze miał w kieszeni tyle pieniędzy, ile mi potrzeba. No, to teraz, czy kupuję Mercedesa, czy zapałki, zawsze mam odpowiednią ilość szmalu.
- Ale super – woła kelner zachwycony – A jakie miał pan drugie życzenie?
Facet spogląda smętnie na strusia i mówi:
- Chciałem, żeby zawsze towarzyszyła mi dupa na długich nogach.

 

:D

Pozytywy pod koniec roku.

 

Czasem się zastanawiam czy jestem normalna i dodatkowo zastanawiam się co to w ogóle znaczy. Tamten rok zaczął się zwyżką energii, gdzie w miarę regularnie cos pisałam i z każdym dniem czy tygodniem przybywało stron. Mogłam nawet powiedzieć, że jestem blisko końca, chciałam jeszcze dopisać kilka scen, kilka przemyśleń…

No i nastąpił krach. Znów przeszłość wróciła w postaci opowieści. W postaci wyobrażeń. Ja rozumiem, że można mieć przerwę, jakieś wypalenie chwilowe, czy jak to tam się nazywa… blokadę.

Ale dlaczego tyle czasu?

Żebym chociaż wróciła do tej pierwszej powieści, trochę tematycznie związanej z osobą S. Nie… Nawet mi się nie chce. W ogóle NIC mi się nie chce. Dzisiaj miałam przebłysk, trochę więcej mi się chciało. Ale czy to pozostanie dłużej. Ten stan.

Mam już dosyć śledzenia debili z neta. Dlaczego w ogóle znów się za to wzięłam? Sama siebie nie rozumiem. Dobrze, że chociaż się nie przejmuję tym, co gadają.

W moim życiu dzieją się dziwne rzeczy. Czasem rozumiem znaki, czasem nic nie rozumiem.

A już najbardziej wkurzające jest jedno wspomnienie… Ona ciągle wraca. To nic takiego. To widok dwojga ludzi, według mnie bardzo atrakcyjnych. I te moje dywagacje, kto to, od ilu lat, gdzie pracują i czy bardzo się kochają… Te pytania krążą w mojej głowie do dziś, a było to pól roku temu. To jest jak natręctwo.

Sny mam przeurocze, kolorowe w różnorodnej architekturze, z ludźmi których twarze pamiętam długo po przebudzeniu.

Dziś jedna kobieta, która była podobno zoną PP ale nie wyglądała jak ona, opowiadała mi o nim i na koniec dała mi bochenek chleba w metalowym, ażurowym koszyczku, malowanym na niebiesko. Chleb był z tych zdrowych, z ziarenkami w środku.

Na jawie same dobre wiadomości. CI co mieli być zdrowi zdrowieją, tyczy się to ludzi i zwierząt. Niedobrzy ludzie nadal szamoczą się ze swoimi demonami, które sami wyhodowali. Mój pan mąż zmiękł i wyprostował się po mojej myśli jak drzewo po wichurze hehe.  Życie jest piękne. Tylko nie popsuć tego.

A najlepsze jest to, że kasa jakoś sama się odnawia. :)

 

Twórcza niemoc.

Jesień już zagościła na dobre. Oczekujemy śniegu. Wczoraj nad górami widziałam piękne chmury śniegowe, o ile tego typu chmury mogą być piękne… A były. Ich kolor był niesamowity, nie podejmę się go opisać.

Już trzeci miesiąc NIC nie piszę. Raz tylko zainspirował mnie bocian-maruder i napisałam trochę więcej niż stronę. W mojej opowieści bocian zyskał opiekuna. Niestety w rzeczywistości pewni umrze, gdy nadejdzie pierwsze poważniejsze zimno. Ale po to piszemy bajki, żeby życie wydawało się piękniejsze.

Za sprawą jednej znajomości, dawne myśli wróciły. Nie są to te same myśli, tylko czysta nienawiść, bo widzę, że ktoś inny popełnia moje błędy, przeżywa to samo, albo i więcej i na dodatek nie bardzo chce mnie słuchać. Ja też nie narzucam swojej niechęci. Ta niechęć jest moja, tylko moja.

Czasem robię głupie rzeczy. Czasem żałuję, czasem nie żałuję ale faktem jest, że zawsze coś nowego z tego wyniosę. Ostatnio tylko przekonanie, że NIC się nie zmieni, gdy będę trwała w tej durnocie i w nicnierobieniu.

Nawet nie czytam socjotechnicznych bzdetów.

Codziennie mówię sobie, że to będzie ten dzień, gdy zacznę kończyć powieść. Dam Pszczelarzowi więcej życia, więcej przeszłości, więcej przemyśleń i nadzieję. W bezsenne noce myślę, co on mógłby w takich chwilach robić. Potem wspominam pierwowzór i wyobrażam sobie, jak śpi na jasnej poduszce w nieznanym pokoju z oknem na wschód. Pora roku jest mi nieznana. Świt rozjaśnia jego profil. Oddycha lekko i nie chrapie. Podchodzę do okna i w takiej chwili dokładnie, namacalnie czuję, że jestem częścią Wszechświata. Częścią, która się nigdy nie zagubi, nawet wtedy, gdy zmieni  rodzaj materii.

Proszę o życie, zdrowie i uważność. Nie tylko dla siebie.

Bardzo leniwa niedziela.

Takie bezproduktywne niedziele bywają bardzo dobre. Chodzi przede wszystkim o odpoczynek i całościowy reset. No, może nie totalny reset, bo to by było niebezpieczne, ale taki częściowy…

Rano lenistwo i oczekiwanie, że reszta towarzystwa wstanie i zje śniadanie, potem opieprzanie pana męża przez Skype. Powiedziałam co miałam powiedzieć, ale nie wyglądało, żeby druga strona się przejęła zbytnio. Potem zakupy z czego niewiele skorzystałam, bo w tym konkretnym miejscu, gdzie dzieciarnia pojechała, nic nie było co by urywało d4.

Moja ręka w ortezie spociła się i rozbolała… na szczęście mogłam zdjąć i teraz znów mogę z powrotem założyć ten usztywniacz kończyny. W nocy zakładam bandaż elastyczny, bo raczej nie mogła bym spać w czymś takim.

Ale to jest zadowalające, że to nie jest zespól cieśni nadgarstka, tylko proste zapalenie pochewek ścięgnistych. Tłumacząc na normalny język, nie potrzeba mi operacji, tylko unieruchomienia. I mogę łykać leki przeciwzapalne jak lubię. Ale akurat nie za bardzo lubię. Inna sprawa, że czekając na specjalistę, jakoś intuicyjnie sama sobie sporo pomogłam. Przy większych bólach jednak łykałam przeciwzapalne i smarowałam się przeciwzapalną maścią.

No więc będę żyła i będę pisała i może nawet coś uszyję. Świat jest piękny!

No więc zaraz skończę powieść o pszczelarzu i nawet nie będę się stresować, że jest ona krótka. Jest jaka jest i nic na to nie poradzę. Jeszcze zapiszę kilka dialogów i kilka retrospekcji. Co robił pewnego dnia w większym mieście i jak w młodości, wracając z potańcówki z dziewczyną podpalił kilka kopek siana na polu. Czy dlatego potem został strażakiem? Diabli wiedzą… Ale na to i na inne pytania dostarczy szczera rozmowa czwórki przyjaciół na końcu.

Potem zajmę się Słowikiem. Tam to dopiero będzie się działo. W tej powieści musi być sporo erotycznych opisów, bo o tym jest książka o uzależnieniach od seksu i szukaniu akceptacji.

W Opowieści o strażaku-pszczelarzu też jest kilka „momentów”, ale są one niewinne jak „dziecka łzy…” (hejże, hej, Janek oświadczył się jej… hehehe)

Tutaj jest próbka:

Chciał być dla niej łagodny i silny. Ochronić ją, przygarnąć i utulić. W tej chwili wiedział, że rzeczywistość może być piękniejsza niż wszystkie o niej sny, a obietnica miłości będzie patrzeć z politowaniem na całe samotne lato, a nawet na wszystkie  jałowe czasy, gdy coś się skończyło i królowała pewność, że tak już będzie zawsze.

 Brał łagodnie w posiadanie leżące obok niego ciało, najpierw nieruchome, jakby nieśmiałe a potem napełniające się emocjami, które udzielały mu się od niego samego.

 Był cierpliwy. Przed nimi była cała noc, może nawet dzień i znowu noc. Mieli dla siebie całą wieczność. Pieścił ją bez pośpiechu a ona szła śladem jego ruchów, tak, jakby wszystko co on robił z jej skórą, chciała wypróbować na nim. Potem rosło w nich coś, co kiedyś już gdzieś kiedyś poznali, ale nigdy nie byli w stanie opisać tego zwykłymi słowami. Lepiej im było wszystko pokazać. Dłońmi, które nie miały dosyć i językiem, który docierał wszędzie. Świat rósł wokół nich a jedynym niezaprzeczalnym wrażeniem była pewność, że są jego środkiem, aż do chwili, gdy wszystko wybuchło cudownym fajerwerkiem, wydobywającym z ich gardeł okrzyki zachwytu.

 Potem świat się skurczył do tych kilku milimetrów między nimi. Przez chwilę byli sami we wszechświecie.  

To jeszcze przed korektą oczywiście.

Ale prawda, że niewinne? W książce o Słowiku, będzie tego więcej, ale za wszelką cenę chciałabym nie wpaść w sidła chamskich, ordynarnych, anatomicznych opisów, których tak wiele we współczesnej literaturze. Literaturze?

Na pewnie u mnie nie będzie, że ktoś tam w kogoś „wszedł” … Kurde, RZYG …

Do cholerci ciężkiej, wejść to można w zabłoconych gumiorach do salonu…

Tak to jest. Kto pierwszy przyrównał oczy do gwiazd, był geniuszem, a wszyscy, którzy powtórzyli to po nim to grafomani.

No trudno, trzeba coś wymyślić. Chociaż ja w tej krótszej tez cos pisałam o oczach, niezbyt wyszukanie… zaraz, jak to było?

. Jej oczy świeciły jak krople rosy na
dojrzałych chabrach o poranku.

Ciekawe czy to jest wtórne? Mnie się wydaje zabawne. I takie było zamierzenie.

 

 

NIE JEST IDEALNIE

Życie tępo idące swoją trasą. Same problemy i ja małymi kroczkami przemieszczająca się do przodu. lato miało być spokojne i sprzyjające twórczości. Tymczasem jakby się wszystko uwzięło.

W tym wszystkim mój mały sukces. Pisze codziennie. Średnio 5 stron na dzień. Mało to, wiem, ale nie jestem S.King, który pisze chyba 10 stron na dzień… albo i więcej… może mi się coś poplątało. Bo moim docelowym wynikiem jest 10 stron. Byłoby nieźle. Naprawdę. Jeżeli chcę cokolwiek osiągnąć w temacie.

Miałam jeden nerwowy problem, obiecałam, że jak się rozwiąże, to będę pisać codziennie. Wyszło. Teraz mam drugi, związany z dzieckiem. Jak mi się rozwiąże to zacznę codzienną naukę języka niemieckiego. Na razie robię to z doskoku. To bez sensu.

Na profesjonalny kurs mnie nie stać. Na NIC mnie nie stać. Mam już dosyć, dosyć, dosyć, dosyć.

Do tego znów cos w nadgarstek… Znów szwendanie się po lekarzach i nie wiadomo co dalej. A jak operacja? Wtedy mogę pisać… Jedną ręką. Pewnie się przeniosę w bruliony…:(  a może zaopatrzyć się w dyktafon? No… jakbym miała wolne 200 to było by w co wsadzić… Dyktafon na końcu.

Staram się nie dołować ale nie zawsze się da. Już nawet nie wchodzę w neta, bo ogrom durnoty mnie przeraża. Czy naprawdę większość ludzi jest tak beznadziejnych?

Mam 108 stron o pszczelarzu. Może dojdzie z 20 z tego co jeszcze konieczne. Jasny gwint, o czym mam jeszcze napisać, żeby było co najmniej 200 ? Może kogoś jeszcze wprowadzić, może jakieś inne tricki? Przecież nie będę opisywać jego snów ani pijackich omamów, zresztą byłoby to wtórne. Może jakieś romanse jednodniowe? Ludziska to lubią.

W połowie oklapłam. Jak zwykle. Nie wrócę do Słowika, bo tam muszę się niemal wprowadzać w trans, żeby kontynuować. Jeszcze tak nie umiem operować swoimi nastrojami.

Ale może się tego nauczę. Jak już nauczyłam się pisać w stresie. Bo nigdy w życiu nie będzie całkowicie spokojnie.

Dlaczego nie piszę.

Wychodzę z założenia, że jak się nie ma nic do powiedzenia to lepiej się nie odzywać… Jakoś ostatnio nic mi nie przychodzi do głowy odnośnie nowego wpisu tutaj. Jeśli chodzi o pisanie, to nic nowego nie odkryłam. Napisałam parę wierszy i nie jestem z nich zadowolona. W zasadzie z niczego nie jestem.

Generalnie za bardzo się obijam. Nic nie jest wystarczająco dobre, żebym była dumna z siebie. Może zbyt wysoko zawiesiłam poprzeczkę? Inni się aż tak nie przejmują.

Ja ciągle jestem jakaś zagubiona. Duża zasługa tutaj moich rodziców. Ciągle sprawiają kłopoty. Alkoholizm i szały ojca i współuzależnienie mamy. Ja już mam dosyć. Chciałabym się odizolować. Oni wariują a jak ja protestuję to jest: „Nie wygłupiaj się”

Chciałabym zniknąć, tak aby mnie już nie widzieli. Ja nie potrafię odbierać tej ich agresji słownej. Nawet kawę robię sobie nie tak jak trzeba. Jestem krytykowana a jak protestuję to słyszę coraz większy wrzask… potem do mnie :”Czemu krzyczysz?”

Zastanawiam się kto tu jest normalny.

Teraz będę kilka dni wracała do siebie po tej awanturze. Dlaczego ja jestem tak traktowana? Przecież już jestem stara… Powinnam żyć własnym życiem. Tymczasem ojciec nawiedza mnie w miejscu mojego zamieszkania, bo dałam schronienie mamie i drze się na podwórzu robiąc sąsiadom przedstawienie. Ja powinnam na wszystko się zgadzać i ustępować jak wrzodowi na d…

Zmarnował życie nie tylko mnie a ja mam go dalej czcić i zgadzać się na wszystko… Jak nie to jestem niewdzięczna. Kurde, ale debilizmy… Czy wszyscy zwariowali do reszty, czy faktycznie ja się wygłupiam?

Już mi się odzywają objawy wieńcowe. Boję się, ze umrę i że wszystko pozaczynane ulegnie formatowi. Bo sam zgon to byłby wybawieniem od tego wszelkiego gnoju.

Miałam o tym nie mówić. Ale dlaczego mam nie mówić? Udawać, że wszystko jest w porządku jak nie jest? Może ktoś będzie się zastanawiał dlaczego jestem tak zwichrowana, a tymczasem jest jedno wytłumaczenie.

Kilka dni wyjętych z mojej kreatywności. DÓŁ.

Powoli przechodzę do siebie… Do następnego razu. :(

Jak to zmienić? Jak się odizolować? Czy mam się dać stłamsić i zastraszyć tylko z tego powodu, że to moi rodzice???

Jednocześnie nie widzę wyjścia… Osoba poszkodowana nie chce współpracować, ale chce chwilowej pomocy, takiego krótkiego urlopu. Mój spokój ulega rozwaleniu a potem to samo od początku. Dokąd to będzie trwało?

Ciężko mi stosować różne mądre zalecenia współczesnych uduchowionych mędrców. Jak mam osiągnąć wyciszenie i pozbyć się oceniania. W moim przypadku się po prostu NIE DA.

Trafiłam na ścianę.

Pisać mało piszę, aczkolwiek już mi się krystalizuje styl. Wiem coraz wyraźniej jak by to miało wyglądać.

Przydźwigałam z bibliotek stertę różnych książek… Niektóre dobre a inne takie sobie. Tak się zastanawiam, zresztą zawsze się zastanawiałam, po co kończyć filologię polską i pisać tak, jakby ciocia Helenka nawijała w maglu po dwóch głębszych… Paradoksalnie zwiększyć cioci dawkę to byłaby o niebo lepsza w narracji. :(

Potem czytam fora kolegów po piórku, na temat wydawania oczywiście. Ile użytkowników, tyle zdań. A zdania różne… A ile frustracji… Ech, może lepiej polegać na własnym osądzie i nie przejmować się cudzymi niepowodzeniami. Teoretycznie każdy ma równe szanse – bo mam komputer z edytorem tekstów i własny mózg.

 

Lenistwo a pisanie.

Nieodłączną cechą mojej skomplikowanej skądinąd osobowości jest cholerne, brzydkie i znienawidzone przeze mnie lenistwo.

W pewnych przypadkach jest dobre, bo nie istnieje zagrożenie, że się przepracuję, zniszczę sobie rączki czy cerę na skutek chronicznego niewyspania. Nie, to to akurat mi nie grozi. Jestem fizycznie wypoczęta i możliwe, że zaowocuje to długim żywotem ale z zastanymi, sztywnymi stawami. Ale to akurat nic pewnego.

Jednak jeśli chodzi o pisanie, to lenistwo blokuje wszelki postęp. Czasem mam jakiś pomysł, widzę obrazy, sceny, nawet błyskotliwe zdania. Niestety nie chce mi się ich zanotować. To jakiś koszmar. Potem nigdy już słowa nie ułożą się w taki sam sposób. I tak przepieprzam sukcesywnie duże kawałki czasu. Odchodzą i nie wracają, wiadomo. I tylko tego typu strata czasu najbardziej boli.

Jak mogę walczyć z lenistwem, skoro to cała ja. Nie można ze sobą walczyć. Trzeba być sobą. Wiadomo pod czyim wpływem jestem w tej chwili.

No ale też nie można tej głupiej i nieproduktywnej cechy hołubić. Nie, nigdy. Można tylko wypracować sobie pewne techniki jej obejścia. Jasne, że potrzeba do tego małej samodyscypliny, najlepiej codziennej.

W ogóle wszelka systematyczność jest fajną sprawą i to we wszelkich aspektach.

Tak więc ja robię to tak:

Mam stałe godziny, gdzie zasiadam do pisania. To, że czasem mam pustkę w głowie to nic. Siadam, otwieram plik i próbuję. Czasem jest to bla bla bla ale udaję, że piszę. Nie potrzebna mi Wena. Jawnie ja olewam. Nie chciała przyjść, to niech sobie tam gdzieś lata, mam ją w nosie.

Tymczasem ona widzi, że nie jest mi potrzebna i przychodzi mnie podglądać. „Oh…” – myśli – „radzi sobie beze mnie… Ciekawe z jakim skutkiem.” I przychodzi wścibska zaglądać mi przez ramię. I po chwili już ją mam. ;)

To nie jest tak, ze musimy mieć spokój, opiekę muz i wszelkie warunki, żeby pisać. Nie musimy. Jasne, że działająca w sąsiedztwie wiertarka czy młot pneumatyczny nie ułatwiają skupienia, ale piorąca pralka czy krzątający się domownicy nie powinni rozpraszać. Bo w sumie rzadko kto może sobie pozwolić na pustelnię.

Czasem dobre moje teksty powstają na prędko. Ostatnio wysyłałam próbkę do oceny pani filolog, która tym się zajmuje. Był limit objętości i chciałam napisać jedną scalającą scenę. Napisałam, tylko po to, żeby wykorzystać miejsce. Hmm… ten fragment został podsumowany jako świetny. Byłam podbudowana.

Ale o krytyce i pochwałach innym razem. :)

Tak wiec piszę rano po kawie i po zapoznaniu się pobieżnie z wieściami ze świata. Pobieżnie, żeby nie obciążać psychiki negatywnymi myślami. Potem wieczorem po obrobieniu się. Po względnym obrobieniu.

Kiedyś nabijałam się z powiedzonka pracusiów: „Obrobić się, obrobić i spokój” Hehe

NIGDY SIĘ NIE OBROBISZ.  Możesz co najwyżej się wściec. Zawsze będzie coś do zrobienia. Wiec nie przeskakujmy samych siebie, bo to rodzi niepotrzebne, małe a potem większe frustracje. Po co nam to.

Tak naprawdę to każdy piszący ma jakieś swoje sposoby i często się z nim dzieli. Ostatnio wielu z nich pisze o swoim sposobie pracy. Nie spotkałam się do tej pory ze sposobami na lenistwo, ale czasem przeczytam ciekawe rzeczy o istocie powieści czy opowieści. Ciekawe jest jak to oni widzą.

Teraz czytam :

Bardzo urokliwie napisana książka. Rzecz jest o istocie powieści. Tak jak to widzi sam noblista. Warto go posłuchać, bo on sam mówi, że stara się pisać powieść tak, żeby się czytelnikowi podobały, w ten sposób w jaki on sam chciałby być traktowany przez pisarzy powieści które czyta.

 

Generalnie, to wszelkiej twórczości powinna towarzyszyć troska o odbiorcę. Bardzo to piękne.

 

 

Na początku jest pomysł, czyli o czym piszę.

Różnie to to bywa. Czasem tygodniami  sobie myślę, że najwyższy czas coś stworzyć. Niejednokrotnie też jest to nagły impuls. Czasem zdarzenie w świecie realnym lub w Sieci. Czasem grypa i leżenie w łóżku i notes pod poduszką, gdzie wpisuję nagłe olśnienia, które powstają w umęczonym gorączką mózgu.

Powiedziałam zdarzenia w Sieci. Jedno z najlepszych moich opowiadań powstało na skutek obserwacji pewnego forum dla użytkowników jednego z portali aukcyjnych. Tam wszyscy się znają. Czasem spotykają się w realu a częściej przyjaźnią się przez internet. Pewnego dnia R. napisał o śmierci swojej matki z którą mieszkał.

Opowiadanie zamierzam wygładzić i wsadzić do tomiku wraz z innymi. R. jeszcze o tym nie wie… Nie będę go pytać o pozwolenie. W sumie to nie popełniam przestępstwa, chodzi tylko o fakt, że nie jestem pewna jego reakcji. On jest dziwny. Nieprzewidywalny.

Prawie każde opowiadanie zainspirowane zostało wydarzeniem z mojego życia. Tak naprawdę to cierpię na chroniczny brak tematów. W przeciwnym razie była bym już polska następczynią Alice Munro. A tak to klapa. Opowiadania pisze mi się lepiej, ale wydawcy wolą powieści. Dlatego też meczę się z arcydziełem o Słowiku.

Temat tej powieści powstał z godzin przegadanych z nikim innym, tylko z Ekscentrycznym… Oczywiście przez komunikator, bo spotkać się z nim jest mało bezpiecznie. Jasne, że  nie będę pisać o tej kanalii na zasadzie opisu z natury, bo to facet nieciekawy. Ale można go zmienić, dodać mu trochę ludzkich cech i jest fajna, wielowarstwowa, skomplikowana postać. Czytelnik nawet byłby zdolny ją polubić. Ale o postaciach innym razem.

Tak wiec pomysły można podobno czerpać zewsząd. Otworzyć gazetę i przeczytać tytuły. To samo zrobić z portalem informacyjnym. Najróżniejsze fora też są dobre. Jednak uważam, że najlepsze historie dzieją się w życiu.