Twórcza niemoc.

Jesień już zagościła na dobre. Oczekujemy śniegu. Wczoraj nad górami widziałam piękne chmury śniegowe, o ile tego typu chmury mogą być piękne… A były. Ich kolor był niesamowity, nie podejmę się go opisać.

Już trzeci miesiąc NIC nie piszę. Raz tylko zainspirował mnie bocian-maruder i napisałam trochę więcej niż stronę. W mojej opowieści bocian zyskał opiekuna. Niestety w rzeczywistości pewni umrze, gdy nadejdzie pierwsze poważniejsze zimno. Ale po to piszemy bajki, żeby życie wydawało się piękniejsze.

Za sprawą jednej znajomości, dawne myśli wróciły. Nie są to te same myśli, tylko czysta nienawiść, bo widzę, że ktoś inny popełnia moje błędy, przeżywa to samo, albo i więcej i na dodatek nie bardzo chce mnie słuchać. Ja też nie narzucam swojej niechęci. Ta niechęć jest moja, tylko moja.

Czasem robię głupie rzeczy. Czasem żałuję, czasem nie żałuję ale faktem jest, że zawsze coś nowego z tego wyniosę. Ostatnio tylko przekonanie, że NIC się nie zmieni, gdy będę trwała w tej durnocie i w nicnierobieniu.

Nawet nie czytam socjotechnicznych bzdetów.

Codziennie mówię sobie, że to będzie ten dzień, gdy zacznę kończyć powieść. Dam Pszczelarzowi więcej życia, więcej przeszłości, więcej przemyśleń i nadzieję. W bezsenne noce myślę, co on mógłby w takich chwilach robić. Potem wspominam pierwowzór i wyobrażam sobie, jak śpi na jasnej poduszce w nieznanym pokoju z oknem na wschód. Pora roku jest mi nieznana. Świt rozjaśnia jego profil. Oddycha lekko i nie chrapie. Podchodzę do okna i w takiej chwili dokładnie, namacalnie czuję, że jestem częścią Wszechświata. Częścią, która się nigdy nie zagubi, nawet wtedy, gdy zmieni  rodzaj materii.

Proszę o życie, zdrowie i uważność. Nie tylko dla siebie.

Dlaczego nie piszę.

Wychodzę z założenia, że jak się nie ma nic do powiedzenia to lepiej się nie odzywać… Jakoś ostatnio nic mi nie przychodzi do głowy odnośnie nowego wpisu tutaj. Jeśli chodzi o pisanie, to nic nowego nie odkryłam. Napisałam parę wierszy i nie jestem z nich zadowolona. W zasadzie z niczego nie jestem.

Generalnie za bardzo się obijam. Nic nie jest wystarczająco dobre, żebym była dumna z siebie. Może zbyt wysoko zawiesiłam poprzeczkę? Inni się aż tak nie przejmują.

Ja ciągle jestem jakaś zagubiona. Duża zasługa tutaj moich rodziców. Ciągle sprawiają kłopoty. Alkoholizm i szały ojca i współuzależnienie mamy. Ja już mam dosyć. Chciałabym się odizolować. Oni wariują a jak ja protestuję to jest: „Nie wygłupiaj się”

Chciałabym zniknąć, tak aby mnie już nie widzieli. Ja nie potrafię odbierać tej ich agresji słownej. Nawet kawę robię sobie nie tak jak trzeba. Jestem krytykowana a jak protestuję to słyszę coraz większy wrzask… potem do mnie :”Czemu krzyczysz?”

Zastanawiam się kto tu jest normalny.

Teraz będę kilka dni wracała do siebie po tej awanturze. Dlaczego ja jestem tak traktowana? Przecież już jestem stara… Powinnam żyć własnym życiem. Tymczasem ojciec nawiedza mnie w miejscu mojego zamieszkania, bo dałam schronienie mamie i drze się na podwórzu robiąc sąsiadom przedstawienie. Ja powinnam na wszystko się zgadzać i ustępować jak wrzodowi na d…

Zmarnował życie nie tylko mnie a ja mam go dalej czcić i zgadzać się na wszystko… Jak nie to jestem niewdzięczna. Kurde, ale debilizmy… Czy wszyscy zwariowali do reszty, czy faktycznie ja się wygłupiam?

Już mi się odzywają objawy wieńcowe. Boję się, ze umrę i że wszystko pozaczynane ulegnie formatowi. Bo sam zgon to byłby wybawieniem od tego wszelkiego gnoju.

Miałam o tym nie mówić. Ale dlaczego mam nie mówić? Udawać, że wszystko jest w porządku jak nie jest? Może ktoś będzie się zastanawiał dlaczego jestem tak zwichrowana, a tymczasem jest jedno wytłumaczenie.

Kilka dni wyjętych z mojej kreatywności. DÓŁ.

Powoli przechodzę do siebie… Do następnego razu. :(

Jak to zmienić? Jak się odizolować? Czy mam się dać stłamsić i zastraszyć tylko z tego powodu, że to moi rodzice???

Jednocześnie nie widzę wyjścia… Osoba poszkodowana nie chce współpracować, ale chce chwilowej pomocy, takiego krótkiego urlopu. Mój spokój ulega rozwaleniu a potem to samo od początku. Dokąd to będzie trwało?

Ciężko mi stosować różne mądre zalecenia współczesnych uduchowionych mędrców. Jak mam osiągnąć wyciszenie i pozbyć się oceniania. W moim przypadku się po prostu NIE DA.

Trafiłam na ścianę.

Pisać mało piszę, aczkolwiek już mi się krystalizuje styl. Wiem coraz wyraźniej jak by to miało wyglądać.

Przydźwigałam z bibliotek stertę różnych książek… Niektóre dobre a inne takie sobie. Tak się zastanawiam, zresztą zawsze się zastanawiałam, po co kończyć filologię polską i pisać tak, jakby ciocia Helenka nawijała w maglu po dwóch głębszych… Paradoksalnie zwiększyć cioci dawkę to byłaby o niebo lepsza w narracji. :(

Potem czytam fora kolegów po piórku, na temat wydawania oczywiście. Ile użytkowników, tyle zdań. A zdania różne… A ile frustracji… Ech, może lepiej polegać na własnym osądzie i nie przejmować się cudzymi niepowodzeniami. Teoretycznie każdy ma równe szanse – bo mam komputer z edytorem tekstów i własny mózg.