NIE JEST IDEALNIE

Życie tępo idące swoją trasą. Same problemy i ja małymi kroczkami przemieszczająca się do przodu. lato miało być spokojne i sprzyjające twórczości. Tymczasem jakby się wszystko uwzięło.

W tym wszystkim mój mały sukces. Pisze codziennie. Średnio 5 stron na dzień. Mało to, wiem, ale nie jestem S.King, który pisze chyba 10 stron na dzień… albo i więcej… może mi się coś poplątało. Bo moim docelowym wynikiem jest 10 stron. Byłoby nieźle. Naprawdę. Jeżeli chcę cokolwiek osiągnąć w temacie.

Miałam jeden nerwowy problem, obiecałam, że jak się rozwiąże, to będę pisać codziennie. Wyszło. Teraz mam drugi, związany z dzieckiem. Jak mi się rozwiąże to zacznę codzienną naukę języka niemieckiego. Na razie robię to z doskoku. To bez sensu.

Na profesjonalny kurs mnie nie stać. Na NIC mnie nie stać. Mam już dosyć, dosyć, dosyć, dosyć.

Do tego znów cos w nadgarstek… Znów szwendanie się po lekarzach i nie wiadomo co dalej. A jak operacja? Wtedy mogę pisać… Jedną ręką. Pewnie się przeniosę w bruliony…:(  a może zaopatrzyć się w dyktafon? No… jakbym miała wolne 200 to było by w co wsadzić… Dyktafon na końcu.

Staram się nie dołować ale nie zawsze się da. Już nawet nie wchodzę w neta, bo ogrom durnoty mnie przeraża. Czy naprawdę większość ludzi jest tak beznadziejnych?

Mam 108 stron o pszczelarzu. Może dojdzie z 20 z tego co jeszcze konieczne. Jasny gwint, o czym mam jeszcze napisać, żeby było co najmniej 200 ? Może kogoś jeszcze wprowadzić, może jakieś inne tricki? Przecież nie będę opisywać jego snów ani pijackich omamów, zresztą byłoby to wtórne. Może jakieś romanse jednodniowe? Ludziska to lubią.

W połowie oklapłam. Jak zwykle. Nie wrócę do Słowika, bo tam muszę się niemal wprowadzać w trans, żeby kontynuować. Jeszcze tak nie umiem operować swoimi nastrojami.

Ale może się tego nauczę. Jak już nauczyłam się pisać w stresie. Bo nigdy w życiu nie będzie całkowicie spokojnie.