Cormac to dopiero…

Przeczytałam „Dziecię boże” McCarthy’ego, oczywiście jednym cięgiem, bo inaczej się po prostu nie da. To jest jedna z tych książek, przy czytaniu których co jakiś czas głośno wykrzykuję „O matko …. ” a nawet w paru miejscach zdarzyło mi się „No, ja p….. ę „.

Od pierwszego zdania do ostatniego zasysa i nie puszcza.

No i właśnie o to chodzi. Książka powinna być zajmująca. O czym by nie była. Najlepiej niech coś się zacznie w pierwszych sześciu zdaniach. Ale nie będę tutaj wklejała rad przetransportowanych z poradników dobrego pisania. Bo wszystkie je uwielbiam, ale z każdego biorę co chcę.

Heh, przypomniała mi się książka „Piękny styl”, pragnęłam jej ale nigdzie jej nie było. Pewnego dnia natknęłam się na nią w księgarni. O jak dobrze mieć zapasy finansowe… ale do tego jeszcze wrócę w innym kontekście.

W każdym razie Steven Pinker też twierdzi, że dobre pisarstwo zaczyna się mocnym uderzeniem. Filmowcy już to dawno wiedzą: „Najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie wzrasta” , czy jakoś tak.

W przerwach miedzy wstrząsowymi pozycjami, czytam książki o wpływie myśli na materię. Nawet przeprowadzam eksperymenty. Wychodzą tak jak trzeba. To żadna nowość dla mnie. Eksperyment z różdżkami ominęłam, bo i bez tego czuję dokładne przepływy energii. Pewnie wielu uzna mnie za chorą…. ale wyraźnie czuje charakterystyczne „łaskotanie”. I to nie jest nic z tych rzeczy, że jak chce to czuję. Jestem i byłam sceptykiem. Nawet czasem to mi przeszkadza. Czasem nie chce tego tak intensywnie czuć, bo są momenty nieprzyjemnych wzdrygów. Coś jakby dreszczy, ale takich pojedynczych. Nie mam na to wpływu.

Najśmieszniejsze dla mnie był sposób na komunikowanie się z własną podświadomością według Sinielnikowa. Ja sceptyczna, wręcz naigrywająca się, ale robię tak jak kazał. I było jak powiedział, czym sprowokował nagły wybuch mojej wesołości. Ale może dlatego, że moja podświadomość mnie chyba lubi. Często wyłączam sceptyczny i kontrolujący UMYSŁ i dryfuję w polu SERCA.

Chętnie też wyglądam znaków. Różnie z nimi bywa, to fakt. Czasem trudno określić co jest znakiem. Podczas pierwszego eksperymentu odczytałam, że jednak powinnam pisać i dodatkowo utrzymać kontakt z kimś, do kogo jednak podchodzę z rezerwą i z niestety malejącym zainteresowaniem.

Generalnie będzie jak chcę. Jednak ciężko zogniskować te wszystkie siły. Zwłaszcza mnie, która z natury jestem leniwa.

Ale dobrze jest wiedzieć czego się chce i to raczej dokładnie. Taki dom, ten mężczyzna, taki pies, taki ogród. Żadnych ogólników.  Pamiętacie dowcip?

Do knajpy wchodzi facet ze strusiem, zamawia u kelnera setę i zapojkę.
- Płaci pan 5 złotych i 30 groszy – mówi kelner.
Facet sięga do kieszeni i wyjmuje dokładnie 5,30. Następnego dnia sytuacja się powtarza tylko rachunek za zamówione potrawy wynosi 17,60. Gość znowu sięga do kieszeni i daje kelnerowi odliczoną sumę.
- Jak pan to robi – pyta kelner – że zawsze wyciąga pan tyle ile wynosi rachunek?
- Aj panie – odpowiada gość – złowiłem złotą rybkę i ta przyrzekła mi spełnić dwa życzenia. Poprosiłem, żebym zawsze miał w kieszeni tyle pieniędzy, ile mi potrzeba. No, to teraz, czy kupuję Mercedesa, czy zapałki, zawsze mam odpowiednią ilość szmalu.
- Ale super – woła kelner zachwycony – A jakie miał pan drugie życzenie?
Facet spogląda smętnie na strusia i mówi:
- Chciałem, żeby zawsze towarzyszyła mi dupa na długich nogach.

 

:D