Nie wiem o czym pisać.

Ale mam durny czas. Myślałam, że w okolicy urodzin to spotka mnie coś miłego a tu może i było miło ale mało kiedy i krótko. Co chwilę przyjeżdża pan mąż i wprawia mnie od czasu do czasu we wrzenie ale akurat chodzi o działanie na nerwy a nie na zmysły… To już nie ten etap :D

Jeżeli o facetów chodzi, to nie można nikogo poznać, bo wszyscy wydaja mi się tak durni, że to chyba koniec świata. Ewentualnie obracam się nie w tych kręgach co trzeba. Ale tez raczej w innych raczej nie będę się obracać. Co za ból.

Inna sprawa, że za każdym razem mam skłonność do porównań. I to każdego do każdego. Większość wychodzi marnie. To taka moja przypadłość.

Trzeba się chyba wziąć znów za pisanie, bo gdzie by nie przystanąć to martwe pole. Na dodatek choroba mi się zaostrzyła. Bo zimno, bo wieje. Czasem deszcz pada.

No i chudnę. Niedługo stuknie dycha w stosunku do kwietnia. No niby to niepokojące, ale cieszę się. Mam jeszcze trochę do oddania.

Twórcza niemoc.

Jesień już zagościła na dobre. Oczekujemy śniegu. Wczoraj nad górami widziałam piękne chmury śniegowe, o ile tego typu chmury mogą być piękne… A były. Ich kolor był niesamowity, nie podejmę się go opisać.

Już trzeci miesiąc NIC nie piszę. Raz tylko zainspirował mnie bocian-maruder i napisałam trochę więcej niż stronę. W mojej opowieści bocian zyskał opiekuna. Niestety w rzeczywistości pewni umrze, gdy nadejdzie pierwsze poważniejsze zimno. Ale po to piszemy bajki, żeby życie wydawało się piękniejsze.

Za sprawą jednej znajomości, dawne myśli wróciły. Nie są to te same myśli, tylko czysta nienawiść, bo widzę, że ktoś inny popełnia moje błędy, przeżywa to samo, albo i więcej i na dodatek nie bardzo chce mnie słuchać. Ja też nie narzucam swojej niechęci. Ta niechęć jest moja, tylko moja.

Czasem robię głupie rzeczy. Czasem żałuję, czasem nie żałuję ale faktem jest, że zawsze coś nowego z tego wyniosę. Ostatnio tylko przekonanie, że NIC się nie zmieni, gdy będę trwała w tej durnocie i w nicnierobieniu.

Nawet nie czytam socjotechnicznych bzdetów.

Codziennie mówię sobie, że to będzie ten dzień, gdy zacznę kończyć powieść. Dam Pszczelarzowi więcej życia, więcej przeszłości, więcej przemyśleń i nadzieję. W bezsenne noce myślę, co on mógłby w takich chwilach robić. Potem wspominam pierwowzór i wyobrażam sobie, jak śpi na jasnej poduszce w nieznanym pokoju z oknem na wschód. Pora roku jest mi nieznana. Świt rozjaśnia jego profil. Oddycha lekko i nie chrapie. Podchodzę do okna i w takiej chwili dokładnie, namacalnie czuję, że jestem częścią Wszechświata. Częścią, która się nigdy nie zagubi, nawet wtedy, gdy zmieni  rodzaj materii.

Proszę o życie, zdrowie i uważność. Nie tylko dla siebie.