Bez litości, bez sensu…

Przez chwilę miałam dobry nastrój aż do momentu, gdy ktoś roztrzaskał łokieć mojemu psu… Konieczna była operacja i jest w miarę dobrze, ale pies ma traumę, bo się nie rusza, nudzi się w zamknięciu i nawet dziś zaczął obgryzać opatrunek. Więc jutro znowu jazda do kliniki. :(

Już teraz wiem, jaki sens miała moja choroba ręki i kasa za chorobowe. Otóż maiłam za co wyleczyć psa. Mój szanowny małżonek bardzo się bał, żebyśmy nie pociągnęli z JEGO kasy, i nawet powiedział abyśmy się nie ważyli…

Na dodatek chce się pozbyć psów i nawet się z tym nie kryje, bo suce włącza się szwędaczka i bierze wtedy psa ze sobą. A pies, no cóż… po takiej historii już nie będzie wartościowym psem.

Ja też po mojej kontuzji ręki, która ciągle daje o sobie znać, też nie jestem pełnowartościową panią domu i sądzę, że mnie też w końcu się pozbędzie. W każdym razie czuję, że jestem następna w kolejce.

Tak się czasem zastanawiam z kim ja żyję już przeszło 20 lat. :(

Zastanawiam się jak się czuje ten „dobry” człowiek, który uderzył mojego psa. Pewnie normalnie patrzy sobie w oczy w lustrze i nawet przy corocznej spowiedzi nie wspomni o tym incydencie, bo przecież nie postrzega tego w kategorii grzechu.

Obaj spowodowali, że narasta we mnie nienawiść. Myślę z niechęcią o sąsiadach. Mam pewnie podejrzenia, ale nie ograniczają się one do jednej osoby.

Co ja mogę zrobić? Już z niechęcia patrzę przez okno. Idę do sklepu to myślę o tym całym zakłamaniu, tych milutkich uśmiechach i o tym co tak naprawdę oni są w stanie zrobić, gdy ich fałszywy uśmiech się skończy.

Święta jak nigdy dotąd mnie nie cieszą. Będę musiała wysłuchiwać pytań, co robi pies w kotłowni i kiedy wreszcie pójdzie na dwór.

Będę musiała wysłuchiwać uwag na temat wydawania MOICH pieniędzy.

A kto wie, może znów przypomni się sprawa sprzed 15 lat, gdzie podobno przez miesiąc wydałam 3 tysiące. 8-O

Chciała bym być w dobrym nastroju ale nie mogę.

Mogę jedynie uciekać w marzenia i udawać, że fajnie jest.

 

Dlaczego nie piszę.

Wychodzę z założenia, że jak się nie ma nic do powiedzenia to lepiej się nie odzywać… Jakoś ostatnio nic mi nie przychodzi do głowy odnośnie nowego wpisu tutaj. Jeśli chodzi o pisanie, to nic nowego nie odkryłam. Napisałam parę wierszy i nie jestem z nich zadowolona. W zasadzie z niczego nie jestem.

Generalnie za bardzo się obijam. Nic nie jest wystarczająco dobre, żebym była dumna z siebie. Może zbyt wysoko zawiesiłam poprzeczkę? Inni się aż tak nie przejmują.

Ja ciągle jestem jakaś zagubiona. Duża zasługa tutaj moich rodziców. Ciągle sprawiają kłopoty. Alkoholizm i szały ojca i współuzależnienie mamy. Ja już mam dosyć. Chciałabym się odizolować. Oni wariują a jak ja protestuję to jest: „Nie wygłupiaj się”

Chciałabym zniknąć, tak aby mnie już nie widzieli. Ja nie potrafię odbierać tej ich agresji słownej. Nawet kawę robię sobie nie tak jak trzeba. Jestem krytykowana a jak protestuję to słyszę coraz większy wrzask… potem do mnie :”Czemu krzyczysz?”

Zastanawiam się kto tu jest normalny.

Teraz będę kilka dni wracała do siebie po tej awanturze. Dlaczego ja jestem tak traktowana? Przecież już jestem stara… Powinnam żyć własnym życiem. Tymczasem ojciec nawiedza mnie w miejscu mojego zamieszkania, bo dałam schronienie mamie i drze się na podwórzu robiąc sąsiadom przedstawienie. Ja powinnam na wszystko się zgadzać i ustępować jak wrzodowi na d…

Zmarnował życie nie tylko mnie a ja mam go dalej czcić i zgadzać się na wszystko… Jak nie to jestem niewdzięczna. Kurde, ale debilizmy… Czy wszyscy zwariowali do reszty, czy faktycznie ja się wygłupiam?

Już mi się odzywają objawy wieńcowe. Boję się, ze umrę i że wszystko pozaczynane ulegnie formatowi. Bo sam zgon to byłby wybawieniem od tego wszelkiego gnoju.

Miałam o tym nie mówić. Ale dlaczego mam nie mówić? Udawać, że wszystko jest w porządku jak nie jest? Może ktoś będzie się zastanawiał dlaczego jestem tak zwichrowana, a tymczasem jest jedno wytłumaczenie.

Kilka dni wyjętych z mojej kreatywności. DÓŁ.

Powoli przechodzę do siebie… Do następnego razu. :(

Jak to zmienić? Jak się odizolować? Czy mam się dać stłamsić i zastraszyć tylko z tego powodu, że to moi rodzice???

Jednocześnie nie widzę wyjścia… Osoba poszkodowana nie chce współpracować, ale chce chwilowej pomocy, takiego krótkiego urlopu. Mój spokój ulega rozwaleniu a potem to samo od początku. Dokąd to będzie trwało?

Ciężko mi stosować różne mądre zalecenia współczesnych uduchowionych mędrców. Jak mam osiągnąć wyciszenie i pozbyć się oceniania. W moim przypadku się po prostu NIE DA.

Trafiłam na ścianę.

Pisać mało piszę, aczkolwiek już mi się krystalizuje styl. Wiem coraz wyraźniej jak by to miało wyglądać.

Przydźwigałam z bibliotek stertę różnych książek… Niektóre dobre a inne takie sobie. Tak się zastanawiam, zresztą zawsze się zastanawiałam, po co kończyć filologię polską i pisać tak, jakby ciocia Helenka nawijała w maglu po dwóch głębszych… Paradoksalnie zwiększyć cioci dawkę to byłaby o niebo lepsza w narracji. :(

Potem czytam fora kolegów po piórku, na temat wydawania oczywiście. Ile użytkowników, tyle zdań. A zdania różne… A ile frustracji… Ech, może lepiej polegać na własnym osądzie i nie przejmować się cudzymi niepowodzeniami. Teoretycznie każdy ma równe szanse – bo mam komputer z edytorem tekstów i własny mózg.