Urodziny … kolejne. Bez paniki ;)

Dzień moich urodzin jest szary i deszczowy. Czasem wydaje mi się, że świat zawsze jest taki. Tylko od czasu do czasu wpada w niego promień słońca i dzięki temu a zwłaszcza dzięki pamięci o tym, nie rezygnujemy zbyt wcześnie z życia. Bo może za dwa dni będzie lepiej… Znów zobaczymy ten promień. A nawet jak nie promień, to wyraźne, mocne wspomnienie o nim.

W dniu urodzin, nie mogłam dokończyć wpisu. Zerwał się potężny wiatr. Podobno orkan. Miał też swoje imię. Lubię sobie wieczorkiem posiedzieć i popisać, ale tym razem obawiałam się, że wiatr wepchnie okno do wewnątrz i wszystko zatrzyma się na moim laptopie.

Więc zgasiłam światło i zagrzebałam się w puchowej kołdrze. Puchową kołdrę miałam przez całe lato. Co ja zrobię, że ciągle mi zimno… Już dawno przestałam się rozczulać nad swoją chorobą. Nawet w tej chwili, gdy obserwuję nawrót, dochodzę do wniosku, ze inni maja o wiele gorzej. U mnie jeszcze można mieć nadzieję, że w każdym momencie nastąpi polepszenie. Nawet jak od kilku dni czuje jak płuca mnie fizycznie bolą.

No i za tydzień znów kontrola w Instytucie Pulmonologii. Jak ten czas leci. Dopiero się cieszyłam, że mam pół roku spokoju. Ale cóż, już się nie boję obcego miasta. Nie boję się samotnego spaceru po wielkim mieście. Ten strach był niepoważny.

Niby mało się zmienia, jednak cała się zmieniam. Już mnie tak nie przeraża przemijanie. O ile kiedykolwiek mnie przerażało. Na pewno jednak czułam żal i jakiegoś rodzaju nostalgię. Ale po co to było?

Dziś z pewna ekscytacją podchodzę do przyszłości. Przypomina to pierwszą ciążę i ekscytującą ciekawość, jak to będzie być matką. I ciekawość jakie będzie moje dziecko.

Akurat w tym przypadku nie czuję się zawiedziona, wręcz przeciwnie. Cały czas jestem szczęśliwa i spełniona i co najważniejsze – NIZAWIEDZIONA.

Tak więc nie ma powodu do obaw, że przyszłość będzie nieciekawa. Niby z jakiego powodu? Że mam tyle i tyle lat? Rocznica urodzin prawie okrągła a ja twierdzę, że jednak tylko symetryczna.

Za dużo widziałam dwudziestolatek które już wegetowały i z drugiej strony sporo osób starszych ode mnie, które ŻYŁY.

Aha, i jeszcze coroczny prezent od opatrzności na urodziny…

W zeszłym roku miałam trudności z określeniem co to było. Ale w tym roku wiem co to jest.

 

 

 

Sama w wielkim mieście, w małym mieście, na wsi i w domu.

Dawno nie pisałam, wiem. Mało tego, zastanawiam się, czy nie mając nic do powiedzenia, sensownym jest ubierać ten fakt w słowa.

Świat jest nieprzyjazny, ale to  nie jest najgorsze, albowiem boli nieprzyjazność bliższych sfer. Czasem więcej zainteresowania i zrozumienia dostarczy ci obca osoba. Nie bliska.

A właściwie dlaczego znów zaczynam się użalać? Po co to? Widać już tak będzie. Nie cierpię tekstów, że wszystko ode mnie zależy.

Nie cierpię generalizowania i oceniania. Ale czasem generalizuję i oceniam.

Śmieszy mnie walka płci i wzajemne najeżdżanie na siebie, podczas gdy można z wyboru żyć w celibacie.

Śmieszą mnie osoby, które uważają, że wiedzą wszystko i z góry tej swojej zajebistości oceniają drugiego operując schematami, które jak im się przyjrzeć, są wyjątkowo debilne.

Nie daję się wciągać w netowe pyskówki na powyższe tematy. Dlatego nie mam stalkerów. Jakby co to daję im się wygadać. I to wszystko. Zlewam,zlewam, zlewam.

Będę marzyć o normalności, nawet jakby tylko tak miał wyglądać RAJ po śmierci. Nie wiem co mam robić, żeby osiągnąć ten stan za życia.

Właściwie jest już jakiś przebłysk. Chyba choroba ustępuje. Wyniki mam idealne, bez żadnych, nawet małych stanów zapalnych. Czy to jej taki urok, czy mój sposób odżywiania? Nie wiem, ale cieszę się.

Jutro mam wielką jak dla mnie próbę. Sama w obcym mieście. Taka sytuacja to bardzo często treść moich koszmarów sennych. Wiec najpierw wpadłam w panikę, gdy okazało się, że nie ma kto ze mną jechać. Ale potem pomyślałam: zmierzę się z tym. Ha ha.  Jeżeli tutaj nie polegnę to znaczy, że gdzie indziej też powinnam sobie dać radę.

Co do kreatywności… Chciałabym, żebyś był moją MUZĄ.  ❤

Dziękować i bić pokłony.

Nagle, nie wiadomo skąd, poczułam się całkiem dobrze. Podobno nie ma RZS, jest tylko zapalenie stawu w przebiegu sarkoidozy. Po lekach mogę w miarę dobrze chodzić. Jak niewiele do szczęścia człowiekowi potrzeba.

Przytyłam kilogram, wcale tego nie chciałam ale widzę, że wyglądam lepiej na twarzy. W ogóle bardziej zaczynam się lubić i to sprawia, że dobrze się ze sobą czuję.

Ale przecież nie może być wiecznie dobrze. Akurat mój ojciec po dwóch miesiącach operacji na jelicie znów zaczął ostro pić. Znów wydzwania do mnie i wyzywa. Tyle, że teraz mi to lata koło odwłoka. Nie mam zamiaru znów się dołować, przeżywać wszystkiego i pogrążać się w nowych dolegliwościach. Wystarczy.

Oczywiście według pewnej szacownej komisji, mój ojciec nie jest alkoholikiem, no to co ja mogę. Pewnie jest smakoszem. A niech będzie. Skoro nie jest ubezwłasnowolniony, bo nie ma do tego podstaw to znaczy, że ma wolną wolę i chce jakoś w miarę szybko zakończyć zwój żywot.

Swoja drogą to bardzo niesprawiedliwe. Mieć takie zdrowie i nie szanować go bezkarnie przez tyle lat. Inni zachowują się fair w stosunku do własnego organizmu i mają o wiele mniej szczęścia. No ale kto powiedział, że świat jest sprawiedliwy?

Doszłam do wniosku, że otaczają mnie męskie france. Wyłączając mojego syna i zięcia, ale pewnie dlatego, że to młodzi ludzie. ;)

Nawet miałam zakusy, żeby kogoś uznać za osobowość która jest w porządku. Coś mi jednak mówiło, żebym się specjalnie nie entuzjazmowała. Wtedy uznałam, że mam już obsesję, że jestem przewrażliwioną, zbzikowaną dewotką. I co?

Ano nic. Intuicja miała rację. Wystarczyło jedno zdanie pytające. I wszystko wyszło na wierzch. Jak to mówił mój kolega z lat szkolnych: ” Nie polegaj na pierwszym wrażeniu. Zazwyczaj całe g….o  wypływa później”.

No i jeszcze jedna sprawa. Wszyscy oni uważają, że mam być za wszystko im wdzięczna. Ale nie tylko wdzięczna, ale cały czas mam dziękować. Ojciec za to, że mnie wychował, za to że się starał. Pan mąż za to, że mnie utrzymuje, za to że od czasu do czasu coś kupi dla domu. Że mogę sobie kupić ciucha w lumpie, że mam internet, światło i wodę…  O co tu chodzi, nie mam pojęcia. Mnie jakoś nikt nie podziękował za pewne sprawy. Nie będę wyliczać za co, bo by wyszło, że mi się rozchodzi.

A mnie się już o nic nie rozchodzi. Chciała bym mieć spokój i w pełni nie przejmować się tym, czym nie warto.

No i zauważyłam też, że tych dwóch osobników, z natury bliskich a dalekich jak Pas Oriona, bardzo się wkurza jak widzą, że mam wywalone na pewne sprawy. O co tu chodzi? O władzę nad drugim człowiekiem? No to niech do cholery zainwestują w osobistego psa. Ten, WYTRESOWANY  zawsze się podporządkuje, bo kot to już niekoniecznie.

 

Choroby, przemoc ekonomiczna i nic nowego.

Wychodzi na to, że sarkoidoza to nie będzie jedyna moja udokumentowana przypadłość. Pewnie do RZS dojdzie jeszcze głęboka depresja. Psychiatra potrzebny od zaraz. No i prochy. Żeby być ciągle na haju, żeby nie myśleć jak to mi się wszystko nie udało. Może to jeden, pojedynczy atak bólu, może przejdzie. Na razie jednak chodzę jak kaczka z przetrąconymi kończynami, i czasem rzuca mnie w nieprzewidywalne strony. Pól biedy jak jest to wolna przestrzeń, ale gorzej jak jest to ściana albo futryna drzwi. To wszystko z powodu chodu ochraniającego stawy.

Rodzina podchodzi z pretensjami, dlaczego to mnie spotkało i dlaczego nic nie robię w domu, a w ogóle jakim prawem czasem płaczę. To tak wkurza rodzinę, że rodzina hamuje agresję. A w ogóle to na to się nie umiera. Ich zdaniem powinnam zachorować na coś konkretniejszego, żebym padła w pościel, pluła krwią i rozkładała się na ich oczach, byle prędko, bo czegoś takiego nikt nie wytrzyma na dłużej. Oddzielną sprawą są znów pieniądze. Jak śmiałam iść prywatnie do lekarza, przecież od lat mam pewne problemy. Akurat na tego specjalistę czeka się miesiącami a mnie się zachciało wykluczać pewna ewentualność akurat teraz. Powinnam na początku się zapisać na fundusz, to bym się doczekała.

Tym trybem myślenia to powinnam się zapisać już teraz do laryngologa, a nuż mi za 2 lata polip w nosie wyrośnie?

Dzieci stoją za ojcem bo on ma kasę. To moja porażka pedagogiczna. Trzeba było walić po łbach o byle gówno, wydzierać się przy każdej okazji i myśleć tylko o sobie. Po raz kolejny nastąpił paragonowy idiotyzm. Tak wiec chyba zakupy będzie robił ktoś inny. Nie mogę zbierać dowodów bo nie mam siły. Musiałbym ciągle mieć włączone nagrywanie. Ja po prostu nie mam na to warunków. Z panem mężem nie ma sensu gadać, bo zawsze to samo. Jakieś wywlekanie cudów sprzed 20 lat, gdzie podobno parę tysięcy wydawałam na książki miesięcznie… Hmm powinnam mieć już tutaj drugą Bibliotekę Narodową.

I zawsze miałam wielkie wymagania. No prawda. Teraz też mam. Ale na wymaganiach się kończy. Bo prawdą jest, że męża kosztuję tyle co żarcie i trochę wody z mydłem. Ciuchy kupuję w lumpie a buty kupowali mi rodzice. Wszystko inne kupuje za swoje, które mam z rękodzieła. Oczywiście nie ma jakichś tam ekscesów, bo wiadomo jakie to sumy.

To jest jawne skurwysyństwo, tak traktować żonę gdy się zarabia tyle ile się zarabia.

Dużo w tym mojej winy. Trzeba było zostawić dzieci z kluczami na szyi albo pod opieką ciemnej ciotki, gdzie siostrzeńcy mieli niesamowite pomysły a niektóre na granicy prawa. Trzeba było pogonić chora teściową, niech idzie do córki a nie godzić się na rolę darmowej opiekunki, po której się jeździło jak po łysej kobyle. I nie można było nic powiedzieć, no bo to osoba chora i z tego powodu znerwicowana.

Oj to teraz JA. Nadchodzą moje choroby i moje znerwicowanie.

Mam już dosyć. Po co te wszystkie trapie, po co te wszystkie mądre książki, jak koniec końców i tak ci pokażą co jesteś warta i kim jesteś.

 

Nie wiem o czym pisać.

Ale mam durny czas. Myślałam, że w okolicy urodzin to spotka mnie coś miłego a tu może i było miło ale mało kiedy i krótko. Co chwilę przyjeżdża pan mąż i wprawia mnie od czasu do czasu we wrzenie ale akurat chodzi o działanie na nerwy a nie na zmysły… To już nie ten etap :D

Jeżeli o facetów chodzi, to nie można nikogo poznać, bo wszyscy wydaja mi się tak durni, że to chyba koniec świata. Ewentualnie obracam się nie w tych kręgach co trzeba. Ale tez raczej w innych raczej nie będę się obracać. Co za ból.

Inna sprawa, że za każdym razem mam skłonność do porównań. I to każdego do każdego. Większość wychodzi marnie. To taka moja przypadłość.

Trzeba się chyba wziąć znów za pisanie, bo gdzie by nie przystanąć to martwe pole. Na dodatek choroba mi się zaostrzyła. Bo zimno, bo wieje. Czasem deszcz pada.

No i chudnę. Niedługo stuknie dycha w stosunku do kwietnia. No niby to niepokojące, ale cieszę się. Mam jeszcze trochę do oddania.

Tak wygląda koniec?

Koniec wszelkiej nadziei aby żyć tak ja chcę. Dół w którym nie mogę pisać, nie mogę nawet czytać, tylko rozmyślam jakim trzeba być człowiekiem, żeby skrzywdzić drugiego człowieka. W tym wypadku swoje dzieci.

Tu nie trzeba szukać diabła z otchłani. Diabeł jest na miejscu.

Skrótem mówiąc, zostałam wydziedziczona a wszystko będzie mojemu mężowi. Oczywiście to ma być mojemu dziecku. Jednemu a mam ich troje. Ale faktycznie lżej będzie mojemu mężowi, bo będzie miał już lżej z dziećmi. Ze mną ma bardzo lekko, tak jak by mnie nie było, bo specjalnie na mnie nie łoży.

Mogę sądzić się jak mój brat… ale wiadomo jaka by była atmosfera w domu. Już dostałam czytelny przekaz, że dostane te kasę ale sobie z nią pójdę.

Oczywiście nie ma takiego prawa, żeby mnie wygonić (chociaż wszyscy, nie wyłączając mojego ojca o tym marzą) ale wiem co ten człowiek potrafi i przy mojej chorobie to by oznaczało mój rychły zgon.

A już tak dobrze się czułam…

Nawet wysądzając procenty, niewiele sobie polepszę, bo wartość została celowo zaniżona do wręcz śmiesznej kwoty. Mój brat też niewiele sobie polepszy chyba, że ma łebskiego prawnika.

Chamy nie biorą pod uwagę, że coś nam się nam należy po matce, tylko zalecają nam wziąć sie do roboty. Ludzie przed 60 tką, którym zagraża renta zabiorą się za robotę.

W tej chwili myślę, że najbardziej realna dla mnie będzie renta od psychiatry.

Moja zmasowana terapia.

To nie jest taka prosta sprawa dostać się do szpitala na badania. Nie mam bliskich znajomych, może jacyś by się tam znaleźli, ale czekałam tyle, poczekam tez miesiąc. Masakra. Jeżeli to faktycznie jest sarkoidoza, to takie czekanie niewiele zmienia. Gorzej jak coś poważniejszego, wtedy sytuacja nie byłaby najlepsza. Ale cóż, wiadomo komu składać dzięki za taki system naszej służby zdrowia. Może powinnam to napisać dużą literą, ale może niech tak zostanie.

Osobne podziękowania należą się mojemu ojcu. Za to, że jestem DDA, za ciągłe przysparzanie mi stresów i traumy, za gnojenie i poniżanie. Za ustawiczne pomniejszanie mojego poczucia własnej wartości. Choroby autoimmunologiczne biorą się ze stresu i nikt mi nie powie, że złapałam to z powietrza albo przez pocałunek. ;)

I niech nikt mi nie mówi, że on mnie kocha i domaga się mojej uwagi i przytulenia. Bo nigdy, nigdy tego nie zrobił, a wręcz pierwsze co pamiętam, to był mocny klaps na dupie, gdzie jego ręka odbiła mi się na całej szerokości pośladków, co świadczy o tym, że byłam wtedy bardzo mała. Po prostu zostawił mnie przy domu, a sam poszedł do swojego brata gdzie zazwyczaj pili. Chciałam za nim biec i tak mnie zatrzymał.

Nigdy, przenigdy nie powiedział, że mnie kocha, za to mówi po pijaku takie rzeczy mojej córce. Mojej córce chcę też zapisać swoją część majątku, czyli większość działki i stary dom, który ma przeszło pół wieku, ale też nie jest za dobrze utrzymany. Oczywiście cały czas myśli, że zapisze CAŁOŚĆ, bo jakoś do niego nie dociera, że mama według prawa ma jeszcze innych spadkobierców.

Zresztą powiedział mi, że NIC mi się od niego już nie należy, więc niech mnie pocałuje w trepy. Mam na razie z czego żyć. Zdrowie najważniejsze. Niestety zmiany wyszły mi już na gardło i podniebienie. No ale muszę czekać. Jak mnie zacznie dusić to może… ale to nic pewnego, sprawa ulegnie przyśpieszeniu.

Dlatego też bardzo ważny jest spokój i brak większych awantur. Dlatego też nie mogę pozwolić na dalsze wyzywania. Nikt nie zasługuje na takie traktowanie, nawet zdrowy.

Przeczytałam kiedyś, że tutaj po kimś „pojechałam” i to kogoś zniesmaczyło. A dlaczego mam po kimś nie jechać, jeżeli na to w pełni zasługuje? A nawet zasługuje na porządne skopanie dupy. Przez wiele lat byłam grzeczna, nic nikomu złego nie powiedziałam, zawsze starałam się nie urazić. I co wyszło? Przede wszystkim ja wyszłam na kogoś słabego, któremu można bezkarnie dokopać od czasu do czasu. Niestety są ludzie, którzy tylko rozglądają się komu by tu dowalić i wybierają tych, co do których maja pewność, że nie będą się bronić. Czasem tylko ta pewność ich zawodzi. Ewentualnie atakowany traci cierpliwość i zamiast stulić uszy i się bać, to odpowiada zdwojoną agresją.

Dlaczego też mam nie jechać po pewnym idiocie, gdzie MOIM zdaniem on jest złym i fałszywym człowiekiem, traktującym ludzi instrumentalnie. Ludzi dla niego dzielą się na tych, którzy przyłożą się materialnie do realizacji marzeń o nowym aucie w cenie średniego domku i na tych którzy (które) pomogą mu zrealizować chore wizje na temat wyuzdanych, grupowych kontaktów erotycznych.

Co do ostatnich jego marzeń to mam spore wątpliwości. Albowiem Facet przeszedł sporą przemianę wizualną. Takie gwałtowne dosyć schudnięcie, oczywiście za sprawą produktów które sprzedaje. Ileś tam kilogramów w ileś tam dni. Po prostu horror dla organizmu. Oczywiście zebrał wiele zachwytów netowych i podobno na żywo też. Może ja faktycznie lubię wielkich misiaków i dlatego dostaje mdłości z obrzydzenia jak patrze na jego dokumentację fotograficzną. Ale dodatkowo jak patrze na jego twarz to widzę, i to już staram się być obiektywna, no widzę po prostu człowieka, który się postarzał o 10 lat. W ciągu tych paru tygodni czy miesięcy. No ale cóż wiem, że są różne gusta i upodobania i moje nie muszą być jedynie słuszne.

Tak wiec będę jechać po kim mi się będzie podobało, to rodzaj terapii. Zwłaszcza, że według wszelkiego prawdopodobieństwa osoby te nie przeczytają tych tekstów. A nawet jak by przeczytały to nic, bo to wszystko prawda.

Pozdrowienia dla Anki, przepraszam, że nie ma tu nic o Tobie. Ale nic straconego, ciągle szukam ciekawych tematów. ;)

Pozdrowienia dla osoby, która przypisała mi „galopujący egoizm”. Bardzo mi się spodobało to wyrażenie. Albowiem całe altruistyczne życie mi się już przejadło i pragnęłabym czegoś innego zwłaszcza, że tego życia już mi nie za dużo zostało. Dlatego chciałam je wykorzystać dla swoich własnych przyjemności. Słabo mi to na razie wychodzi ale staram się.  :)

Czuję się lepiej.

Jak mnie wkurwiają takie akcje i mowy typu należy się szacunek rodzicom, bo to twoi rodzice i inne pierdy. Oczywiście może takiemu rodzicowi, który na ten szacunek chociaż w części zasłużył. A w imię czego ja mam się poświęcać jako następna ofiara psychopaty to naprawdę nie wiem.

Moja choroba, która zaogniła się po nerwowych przeprawach, jakoś teraz odpuściła i mogę powiedzieć, że nie pamiętam kiedy tak dobrze się czułam, chociaż do idealnego samopoczucia jeszcze daleko.

Wystarczyło wyciągnąć wtyczkę telefonu ze ściany i nie szukać kontaktu. Jednak istnieją wampiry emocjonalne działające na wysokich obrotach. W tej chwili nie wiem jak mogłam wysłuchiwać tekstów podcinających mi skrzydła i to całe życie. Ostatnio królowały połajanki dotyczące mojego uzależnienia od komputera i życia w „nierzeczywistym świecie” i zapewnienia, że zginę i nie poradzę sobie…

A z czym niby mam sobie nie poradzić? Ze sprzątaniem i gotowaniem?

Były jeszcze inne cuda o których nie warto wspominać. Ale kiedy usłyszałam składankę wyzwisk, jakich nigdy na żywo nie słyszałam nawet u menela przy św.Tekli, to się ocknęłam.

A w imię czego ja mam to znosić?

I niech mi nikt nie mówi, że alkohol jest jakimś usprawiedliwieniem. Bo czy jak ja się nawalę i pójdę pobić sąsiada to mnie puszczą wolno?

Zresztą na trzeźwo nie było żadnej skruchy tylko dalsze pierdzielenie w temacie mojej niesprawności umysłowej i słowa: „nic się nie stało”.

Odizolowałam się od jebniętej koleżanki to i odseparuję się od psychicznego tatusia. Inne życie, słowo daje. Dopiero teraz widzę jaki świat jest piękny.

Psychopacie skończyły się ofiary. Raczej to on je wykończył. Teraz przyszła kolej na mnie. No raczej nie mogę sobie na to pozwolić, bo chcę jeszcze trochę pożyć.

Wszystko już wiem… Albo prawie wszystko. ;)

Wiele się wyjaśnia, chociaż sporo jeszcze do wyjaśnienia. Podejrzewają u mnie nieznaną mi wcześniej, dziwną chorobę o nazwie SARKOIDOZA. Zaznaczam, że jednostka ta nie jest powikłaniem po nadużywaniu sarkazmu we wpisach ;)

Co by nie mówić, wiele to by wyjaśniało. Te moje wieczne zmęczenie, bóle wszędzie, zmiany w kościach ręki, ostatnio kaszel i duszności. Nie wspomnę o zespole suchego oka, bo  to by oznaczało, że mam to od dawna.

Ale wszystko do tej pory dawało się wytłumaczyć. Oko suche za sprawą nadużywania komputera, bóle nóg z powodu nadwagi a moje częste odpoczynki po byle jakiej aktywności fizycznej to po prostu moje lenistwo.

Trzeba było zajrzeć w płuca i zobaczyć te grudki, żeby przyznać, że faktycznie może to choroba…

Medycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, ale wolę już tę chorobę, niż inną, taką, której wszyscy się boją. Tutaj można przynajmniej jeszcze trochę pożyć… aczkolwiek to wegetacja a nie prawdziwe życie. No i można jeszcze się pomodlić o samowyleczenie, bo i to podobno często się zdarza.

Z tym, że u mnie jakoś samowyleczenie nie następuje, pamiętam te same objawy od dawna a po ostatnich stresach są one bardzo nasilone. chodzi zwłaszcza o te spektakularne – kaszel i duszenie się. Tu się nie da cierpieć w milczeniu, jakby wszyscy oczekiwali.

Tak więc, jeżeli będę miała szczęście to może pozbędę się tego permanentnego bólu, bo już miałam wrażenie, że to nękanie przez siły nieczyste. Nie można mnie opętać, bo ani się nie boję, ani nie biorę tego poważnie, to zostawało jeszcze nękanie za pomocą różnych dolegliwości. A okazuje się, że to nękanie to taka sama bujda jak te opętania. Ot, jednostka chorobowa i to dokładnie opisana.

Trzeba jeszcze pozbyć się źródła stresu. No nie mogę fizycznie się go pozbyć bo jakby nie było, to mój ojciec. ;)

Jednak mogę ograniczyć kontakty i przestać się przejmować fanaberiami i wyczynami wyżej wspomnianego. Oczywiście dla rodziny będę wyrodna córką, która nie obchodzi stary i schorowany rodzic(Alkoholizm to choroba, jak najbardziej). No trudno, tym też nie mogę się przejmować. Nie mam zamiaru wszystkim wszystkiego tłumaczyć. W końcu chodzi tu o moje zdrowie a ono jest dla mnie najważniejsze.

Już marzec.

Śnieg wali grubymi kawałkami, prawie jak 23 lata temu, gdy byłam w połogu a moja mama prędko zbierała ze sznurka tetrowe pieluchy. Dziś nie ma mojej mamy a mój syn, moja duma, sam sobie radzi i to całkiem nieźle. Nawet jak się czegoś boi i ja czuję, że coś go przerasta, to za nic nie da poznać po sobie.

Co innego ja. Jak tylko jest okazja to marudzę, żalę się, dziamdziolę, płaczę. Chyba tylko po to, żeby inni się użalali nade mną. Z tym, że użala się nie ten co trzeba. Krąg osób przejmujących się moimi nastrojami skurczył się do trzech osób, a w pewnych momentach do jednej… i wcale tu nie mam ma myśli mojego małżonka, tylko akurat wspomnianego na wstępie.

No więc po co go stresować? Mało to niebezpieczeństw ma dla niego współczesny świat? Obiecuję sobie, ze więcej nie będę.

Z powodu grypy zarzuciłam moje eksperymenty. Ale nie wiem czy to była grypa, czy choroba na zawołanie, spowodowana wizytą mojego męża. Ha ha, nawet gorączka się pojawiła. Ale TERAZ czuję się świetnie.

Niestety nie udaje mi się pamiętać, żeby błogosławić każdy kęs jedzenia. Jak sobie o tym przypominam, to kęsy już są dawno w brzuchu… i nie wiem czy błogosławieństwo i myśli pełne miłości i wdzięczności maja wtedy jakiś sens. A może mają?

W każdym razie nie przytyłam a nawet schudłam. Ale może to zasługa przywołanej grypy albo czegoś innego. W każdym razie z temperaturą. :)

Skoro można przywołać chorobę to może można też ja odwołać? Tak mi przyszło na myśl.

W każdym razie czuję się dobrze, już pozbyłam się poczucia rozczarowania, które mnie dopadło po przekonaniu się, że kolejny raz dałam się oszukać. Jakoś nie mogę rozróżnić idioty od normalnego człowieka, na pierwszy, na drugi i nawet na kilka kolejnych rzutów okiem zwłaszcza, gdy ten zgrabnie się kamufluje. A może nie jest aż takim idiotą? Może jest tylko złym osobnikiem, który patrzy kogo by tu oszukać? A ja jestem taka ofiarą, która spragniona uwagi i zainteresowania, wszystkim bez wyjątku wierzy. No bo dlaczego by miała nie wierzyć?

Ano dlatego.

Może dlatego, że lubię udawać jaka to jestem biedna, przyciągam psychopatów, którzy tylko patrzą żeby mnie zgnębić. No cóż, niektórzy to lubią. Po co mi cudze współczucie? Czy od tego zrobi mi się lepiej?