Koniec z nicnierobieniem.

Jedyny rodzaj wyrzutów sumienia u mnie, to te z powodu straconego czasu. Chociaż ktoś mądry powiedział, że jeżeli nicnierobienie sprawiało mi przyjemność, to nie powinnam żałować. Rzecz w tym, że nie sprawiało mi przyjemności, bo owe wyrzuty sumienia dawały o sobie znać.

Pół roku twórczej niemocy… To dopiero był ból i frustracja. Już nawet zaczęłam na powrót szydełkować, żeby tylko czas bezproduktywnie nie uciekał.

Poradnik Julii Cameron niewiele mi pomógł, widocznie jestem nietypowa. Z tego jednak pozostał mi nawyk porannych stron, aczkolwiek nie codziennych. Nie wiem czy ktokolwiek, kiedykolwiek powinien to czytać, bo strasznie tam rzucam zaklęciami. Najwięcej ich dotyczy wieści z sąsiedniego powiatu. Cały czas się zastanawiam dlaczego to wszystko do mnie wróciło. Moja pamięć już to wyparła a pod koniec lata wszystko się odświeżyło. Może powinnam to wszystko wreszcie wyrzucić? Nikt, nigdy nie powodował u mnie tylu negatywnych emocji.

Zarozumiały, nadęty, manipulant. Psychopata z chorobą afektywną dwubiegunową. Uważający się za kogoś wielkiego. Tak naprawdę jest małym gnojem. Budzi we mnie obrzydzenie i nie tylko we mnie. Ale niespecjalnie się tym przejmuje. Skromni, dobrzy ludzie zbierają od niego pogardę. A przecież to oni są wielcy. On tego nigdy nie pojmie i nadal buduje swoją iluzję. Czasem mi szkoda takich ludzi. Szkoda, bo są nieświadomi a i skończą też w nieświadomości.

Ale co zrobić, taki świat.

Pozytywy pod koniec roku.

 

Czasem się zastanawiam czy jestem normalna i dodatkowo zastanawiam się co to w ogóle znaczy. Tamten rok zaczął się zwyżką energii, gdzie w miarę regularnie cos pisałam i z każdym dniem czy tygodniem przybywało stron. Mogłam nawet powiedzieć, że jestem blisko końca, chciałam jeszcze dopisać kilka scen, kilka przemyśleń…

No i nastąpił krach. Znów przeszłość wróciła w postaci opowieści. W postaci wyobrażeń. Ja rozumiem, że można mieć przerwę, jakieś wypalenie chwilowe, czy jak to tam się nazywa… blokadę.

Ale dlaczego tyle czasu?

Żebym chociaż wróciła do tej pierwszej powieści, trochę tematycznie związanej z osobą S. Nie… Nawet mi się nie chce. W ogóle NIC mi się nie chce. Dzisiaj miałam przebłysk, trochę więcej mi się chciało. Ale czy to pozostanie dłużej. Ten stan.

Mam już dosyć śledzenia debili z neta. Dlaczego w ogóle znów się za to wzięłam? Sama siebie nie rozumiem. Dobrze, że chociaż się nie przejmuję tym, co gadają.

W moim życiu dzieją się dziwne rzeczy. Czasem rozumiem znaki, czasem nic nie rozumiem.

A już najbardziej wkurzające jest jedno wspomnienie… Ona ciągle wraca. To nic takiego. To widok dwojga ludzi, według mnie bardzo atrakcyjnych. I te moje dywagacje, kto to, od ilu lat, gdzie pracują i czy bardzo się kochają… Te pytania krążą w mojej głowie do dziś, a było to pól roku temu. To jest jak natręctwo.

Sny mam przeurocze, kolorowe w różnorodnej architekturze, z ludźmi których twarze pamiętam długo po przebudzeniu.

Dziś jedna kobieta, która była podobno zoną PP ale nie wyglądała jak ona, opowiadała mi o nim i na koniec dała mi bochenek chleba w metalowym, ażurowym koszyczku, malowanym na niebiesko. Chleb był z tych zdrowych, z ziarenkami w środku.

Na jawie same dobre wiadomości. CI co mieli być zdrowi zdrowieją, tyczy się to ludzi i zwierząt. Niedobrzy ludzie nadal szamoczą się ze swoimi demonami, które sami wyhodowali. Mój pan mąż zmiękł i wyprostował się po mojej myśli jak drzewo po wichurze hehe.  Życie jest piękne. Tylko nie popsuć tego.

A najlepsze jest to, że kasa jakoś sama się odnawia. :)