Noworoczna, mała euforia.

Przeszło połowa miesiąca stycznia a u mnie fajnie. Sama nie wiem dlaczego, ale nieistotnie bo najważniejsze, że się dobrze czuję. Rozgoniłam stan zapalny lekami a wyniki też prawie idealne. Wskaźniki stanu zapalnego zbliżają się powoli do granicy normy. Jakby było dobrze, gdyby sarkoidoza się wycofywała…

Nawet mam sporo siły. Zdarza mi się nawet wypiekać dwa ciasta na weekend. To niebywałe. W tym tygodniu jestem sama bo wysłałam córkę do dziadka. Po prostu lepiej jej będzie z dojazdami na praktyki. No i mam luz.

Niewiele fizycznie pracuję, skupiłam się raczej na pisaniu. Tak w ogóle trudno mi było osiągnąć w tym systematyczność. A przecież bez tego nie ma mowy o żadnym postępie. Niby to dobrze wiem, ale lenistwo zwycięża. A przecież moja ulubiona sentencja to: nulla dies sine linea .

No dobrze, na siłę pracujemy codziennie. A właściwie to powinno być przyjemnością. Zauważyłam, że gdy coś napiszę to mam lepszy nastrój. Gdy mi się to nie uda, mam potworne wyrzuty sumienia o stracony dzień. To wszystko chyba o czymś świadczy. Już na pewno o jakiejś pasji.

Już nie chce mi się żalić, jak to ojciec mnie olewa, lekceważy. Nie mam ochoty analizować przeszłości. Może kiedyś to zrobię jak będę gotowa. A może nigdy. Może wrócę do tego kiedyś w postaci jakichś zapisków albo książki… No ale kto by chciał coś takiego czytać?

Tymczasem tworzę. Jakoś tak w oderwaniu od tamtych problemów. Dziś zamierzam skończyć jedno z opowiadań. Nie chcę go zamieszczać na żadnym portalu dla piszących. Przekonałam się, że to bez sensu. Opowiadania będę zbierać. Może kiedyś się przydadzą. Skończę dziś albo jutro i zamieszczę w zakładce „Ple ple” albowiem nie mam tytułu. Za wszelkie pomysły jego dotyczące będę wdzięczna.

 

:)  Opowiadanie już jest, zapraszam w zakładkę PlePle

 

 

Nowy rok, nowe szanse?

Wypadałoby podsumować zeszły rok, jak robią wszyscy. Najlepiej od razu pierwszego. Miałam i ja taki zamiar ale…  Totalnie jestem słaba. Fizycznie i intelektualnie. Ból nogi minął ale zaczęło się coś z płucami. Kaszle i pluję. Jest też stan podgorączkowy. Nie mogę już łykać tabletek bo boli mnie brzuch. Wizyta w Instytucie Chorób Płuc dopiero w maju. Ciekawe czy dotrwam.

Pozostaje jakaś dieta, może pomoże. W tej chwili nie mam siły gotować na kilka garnków. No bo nikt nie lubi jarzyn. O surowych produktach nawet nie ma mowy. Nawet nie mam do czego dodać kurkumy ani pieprzu o imbirze nie wspomnę. Te święta pod kątem kulinarnym zupełnie mnie rozregulowały.

Ale już od poniedziałku wracam do dawnego sposobu odżywiania.

Podsumowanie roku? Proszę bardzo: Był okropny. Nie mam zamiaru żalić się, ile to mnie przykrości spotkało, bo to nie ma sensu. Końcówka tez była huczna. Nawet wstyd wspominać. Wypadałoby wyciągnąć z tych wszystkich nauk jakieś wnioski. Na razie układa mi się jeden: Trzymać się z daleka od chamskiego bydła. Bez obrazy dla zwierząt oczywiście. Ale skąd ja mam wiedzieć jaki kto jest naprawdę, skoro się na początku świetnie maskuje a moja podświadomość czy intuicja po prostu śpi.

No cóż, nie ja jedna w dojrzałym wieku ciągle doświadczam negatywnych zdarzeń.

Jak zwykle obiecuję sobie, że nie pozwolę już, że będę robić inaczej, że skupię się na tym co mi przynosi satysfakcje i rozwój. Ciekawe czy spełnię te założenia? Może będę się starać przez jakiś czas a potem dopadną mnie słabsze dni i znów wnerw będzie nadawał ton mojemu żywotowi. A to wcale nie jest dobre.

To może lepiej nic sobie nie obiecywać?