Dawno nie pisałam. Niby nic nie mam do powiedzenia nowego, ale… U mnie dobrze. Spokojnie. Żyję sobie powolutku, dogadzając swej osobie, i starając się być w dobrym nastroju.

Czasem wyjdę na miasto i to skutkuje nowymi zakupami książkowymi. Czasem sporo lekkomyślnie. Ale tak u mnie objawia się zakupoholizm. Ale jak to mówią: takie nałogi, jakie środki na koncie. nic dodać, nic ująć.

Za mniej niż miesiąc jadę do sanatorium. To jest nie do opisania jak się cieszę. A najbardziej mnie uszczęśliwia, że nie muszę dopłacać, bo to Szpital uzdrowiskowy. No po prostu czuję się dopieszczona przez system. A jeszcze na dodatek jest w ośrodku wi-fi, no to już jestem w euforii. Nawet mi nie przeszkadza, że to wieś, że nie będzie lokali i sklepów…  To dobrze, bo pieniądze zostaną.  :)

W końcu jadę się wybyczyć a nie sforsować.

 

 

 

Z góry powzięty zamiar.

Z góry powzięty zamiar… Zastanawiam się co to jest? Do tych rozmyślań skłoniły mnie dwa przypadki o których ostatnio wspomniano w mediach. Otóż mechanizm działania jest podobny: Ktoś w Sieci udaje nieletnią, w tym wypadku dziewczynę 14 letnią i umawia się z kimś dorosłym na randkę.

To wszystko to jest walka z pedofilią.

Czytałam o dwóch przypadkach. Jakiś zawodowy wojskowy przed 50 tką i jeden działacz po 60 tce. (!)  Ten wykrzyknik to raczej powinien być pytajnikiem ;)

Niby postawa z grubsza naganna, nie ulega wątpliwości, ale…

Coś mi tu nie gra.

Właściwie nie znam prawa aż tak dokładnie. Może faktycznie istnieje przepis według którego można tych panów skazać. Ale nasuwa mi się pytanie: Za co?

Nie ma przestępstwa. No bo jeszcze się nie odbyło. Co gorsze nie ma ofiary przestępstwa, bo w pierwszym przypadku był to jak najbardziej dorosły łowca sieciowych pedofili (niektórzy zalecają przyjrzeć się jemu samemu ale o tym na końcu), a w drugim kobieta 29 letnia. (Też prowokatorka).

Inna sprawa, gdy złapiemy kogoś kto planował atak terrorystyczny, to wtedy jak najbardziej OK. Bo jest ewentualny poszkodowany, w tym wypadku społeczeństwo niczemu nie jest winne. A tutaj winna jest głupota i pazerność pozornie niewinnych lolitek.

Otóż relacja – grubo starszy facet i dziewczyna która jest ustawowo jeszcze dzieckiem, w 99%  oparta jest na chęci zysku i nikt mi nie powie że jest inaczej. Nawet ten procent jest lipny bo nie chce mi się operować promilami.

Tak więc, czy zamiast tropić zblazowanych facetów, którzy maja jakieś tam zamiary, nie można zacząć edukować młodzieży?

Ano nie można, bo młodzież jest już edukowana w jednym kierunku. Młode modelki w markowych ciuchach. Najnowszy sprzęt multimedialny. Eleganckie lokale ze smacznymi drinkami. Wakacje w drogich miejscach. Czasem jakiekolwiek wakacje. Po prostu MUSISZ TO MIEĆ.  I to teraz! Nie po latach ciężkich studiów i po następnych latach ciężkiej pracy. TERAZ!

Jednocześnie inne wartości idą w niepamięć. Ze świadomością społeczną zrobiło się coś bardzo  dziwnego…  Otóż jest sporo osób w wieku bardzo różnym, które sponsoring jednoosobowy nie uważają za prostytucję. I to mówią całkiem poważnie.

Świat schodzi na psy, bez obrazy dla psów. Ale to nie powód, żeby się wszystkiemu obojętnie przyglądać.

Czy nie może być jakiejś społecznej kampanii, która będzie mówić o tym, że nie warto się szmacić dla metki przy szmacie? Albo o tym, że na czterech literach nikt się specjalnie nie dorobił chyba, że są to cudze cztery litery?

Coś mi się wydaje, że już za późno. Wszystko poszło zbyt daleko. Cała nadzieja w rodzinie. Ale to temat na inną rozprawę.

Wracając do tematu. Wszystko mi to przypomina film „Raport mniejszości”. Zamiaruję kogoś zabić, pobić, zwymyślać, poniżyć, więc mnie aresztujcie. Z tym, że sama nie wiem czy zamiaruję, czy napawam się tylko marzeniami o tym. A nawet jak tylko jaram się tym wszystkim to kto wie, czy jak zaistnieje sprzyjająca sytuacja to tego nie zrobię!

Na koniec moja i nie tylko moja konkluzja dotycząca łowców pedofili. Ktoś, kto siedzi na czatach i portalach erotycznych, udający kogoś, kim nie jest, z pasją gadający o zakazanym seksie, powinien zostać objęty wnikliwą, wszechstronną analizą.

Takie jest moje zdanie.

 

Nerwowe wakacje.

Nie pisałam bardzo dłuuugo, ale dopadła mnie nerwówka. Wszystko o to, że rodzina miała zamiar się rozjechać po całym świecie a ja miałam zostać na włościach z psami i z kotem z tym, że miałam między innymi pilnować, by to towarzystwo się nie spotkało. Psy na podwórzu a kot w domu.

I tak się w końcu stało. Nawet nie upłynęło połowę tych wakacji a ja już tęsknię do października. Wcześniej myślałam, że to będzie okazja do twórczości literackiej, no bo wiadomo, nikt mi nie przeszkadza, mogę pisać całą noc a potem spać do południa. Kto mi zabroni?  Ano nikt, tylko że kot ma inny rozkład dnia. Nawet jak śpi przy zaświeconym świetle to i tak wstaje o piątej i domaga się wyjścia na dwór. No więc wstaję nieprzytomna i idę zamykać psy w kojcu a kot już grzecznie czeka. Zastanawiam się czy nie zamienia się charakterem w psa bo jeszcze nie zmieniałam kuwety, w całym domu pachnie… Córka poradziła mi kupić 50 kg żwirku a okazało się, że jeszcze nie zmieniałam zawartości kuwety. Ponadto chodzi za mną wszędzie. Ja do ogródka to on do ogródka. Ja z praniem do sznurka to on też. Najlepiej się czuje z człowiekiem. Trochę tylko za duży ma apetyt i siedziałby tylko w kuchni. Nie ma w swoim kocim mózgu tego komunikatu: „Jestem już nażarty”.

Ale okazało się, że te problemy to pryszcz. Najlepiej było, jak na tej wyspie, gdzie jest moja córka było trzęsienie ziemi. Dobrze, że najpierw dostałam wiadomość od niej a potem dopiero przeczytałam wiadomości, bo gdyby kolejność była odwrotna to sądzę, że mój awaryjny zestaw z nitrogliceryną byłby wreszcie potrzebny. Na razie stoi na półce pod ręką, żebym w razie incydentu wieńcowego, mogła go w stanie szybko użyć…

Praca pozostałych dzieci na razie przebiega bez przeszkód i modlę się, żeby tak zostało już do października. Od kiedy jak się taka rozmodlona zrobiłam? Jakoś to umknęło mojej uwadze.

Niby nie piszę ale jest inna aktywność. Otóż zaczęłam szyć. Po paru niewypałach nastąpił pełny sukces. Wykonany przeze mnie letni kombinezon pojechał w świat. W drugą stronę, do Grecji pojechały też krótkie spodenki.

Niewiele tego ale już nabieram ochoty na następne modele. Nawet wczoraj biegałam za tkaniną na letnią bluzkę. Złapał mnie deszcz i od pasa w dół cała przemokłam. Dziś też coś się kojarzy i w sumie jestem zadowolona bo nie muszę podlewać ogródka. Za to za chwilę należy się spodziewać świeżego rzutu dorodnych chwastów.

Oprócz szycia i dogadzania kotu lubię jeszcze czytać wydawnictwa medyczne albo para medyczne. Lubię czytać o medycynie alternatywnej i powoli robi się z tego moje małe hobby. Przy całym moim roztrzepaniu i sklerozie zauważam, że jeżeli coś z tego tematu przeczytam to PAMIĘTAM. Chyba dobry byłby ze mnie lekarz. Na lekarza za późno, ale na szamana jeszcze nie  ;)  .

Przypomniało mi się jak podczas ulewy byłam w firmowym sklepie mojego ulubionego producenta wędlin. (Przez niego nie mogę ze cholerę przejść na wegetarianizm). Panie ekspedientki chętnie sprzedają firmowe reklamówki i za każdym razem z troską pytają.

Sympatyczny, pulchny pan z brodą ( w moim typie) na pytanie: „Ma pan w co sobie włożyć?” Odpowiedział: ” Tak, jeszcze mam. Tam stoi przed sklepem”…

No gruuubo, ale rozbawiło mnie to.

Potem pomyślałam, że ja też nie lubię towarzyszyć mojemu panu mężowi przy zakupach. Też wolałabym stać na deszczu przed sklepem i nie słuchać jego głupkowatych żartów. Czasem trzeba odpuścić. Własne samopoczucie najważniejsze.

 

A oto moje dzieło na wdzięcznej modelce:

kleje

 

 

Dziki męski świat.

Taki tytuł bo po raz kolejny dochodzę do wniosku, że właśnie taki jest. Czasem którejś się udaje wydostać spod wpływów i wtedy jest super. Ale reszta bardzo chętnie by ją wciągnęła. No cóż, już wcześniej powiedziałam, że kobieta kobiecie suką, bez obrazy dla płci pięknej u psiaków, bo akurat pies rodzaju żeńskiego jest bardziej czuły i opiekuńczy a w ogóle to w ogień by za nami wskoczył.

Ja sobie siedzę w bezpiecznym miejscu i żaden baran się nade mną nie pastwi, ale to tylko złudzenie. A już jak zaczynam pozwalać sobie, żebym została wciągnięta w netowe pyskówki, to już jest tragicznie. Po raz kolejny okazuje się, że …

No właśnie, CO ?

Mam stary komunikator, który teraz nawet nie wiem kto używa… Może jacyś tradycjonaliści, z sentymentem. Plotkuję tam z koleżankami, z którymi ciężko się spotkać, bo mieszkają w innym mieście. Ale nie ma tygodnia, żeby ktoś nie zaczepił. Pół biedy jak to jest kulturalne, ale zdarza się też jedno słowo: „sex?”  8-O

Taki to chociaż nic nie udaje…  Ale są tacy którzy udają, że chodzi o zupełnie co innego. Aniołku, Perełko i takie tam. A potem agresja bo odmowa na konkretna propozycję. Nawet wykazałam odrobinę dobrej woli i zaproponowałam kawkę, żeby skonstatować czy iskrzy… Przed nikim nie ukrywam, że jestem w separacji, ale chyb a to tylko ośmiela nie w tym kierunku co trzeba. Wiadomo.

No więc nie, żadne takie. Ja TERAZ, NAGLE mam wiedzieć czy prześpię się z facetem którego tam gdzieś widziałam na ulicy przez parę minut w przelocie.

A jak nie, to za kogo się uważam, za Miss Świata? ( Jakby te brzydkie i stare zobowiązane były dawać na prawo i lewo bez szemrania).

No żenada… I to był ktoś, kto uważa się za normalnego i zawsze to podkreśla. Dlaczego ja z takimi wchodzę w dyskusje? Lubię rozmawiać i gadam szczerze na wszystkie tematy, ale chyba nie warto. Na końcu dowiedziałam się, że mam coś z głową… No to potwierdziłam tę tezę puszczając kilka zdań, po których już raczej się nie odezwie.

W międzyczasie odezwała się jakaś Grażyna. Ucieszyłam się, że będzie koleżanka do ploteczek i narzekania. Ale nie Grażyna chciała atakować. Zapytała czy szukam sponsora. W moim wieku? – zdziwiłam się. Bo mam wyzywające zdjęcie na avatarze.

Ja tam stoję pod kościołem, na spocznij, w legginsach i długim swetrze. Twarzy nie widać bo obcięło. Przeprosiłam, że nie założyłam burki albo habitu i skończyłam dyskusję.

Oddzielnie dołuje mnie czytanie komentarzy pod artykułami. Ale o tym już wspominałam. Ostanie dni były ciężkie. A po co tam jechała, a sama sobie winna. A po co się śpieszyła, że wpadła pod metro. A po co ma starą żonę, a w ogóle jak można.

Trochę odbiegłam tematycznie od tytułu. Miałam napisać o pewnym liście z popularnego kobiecego miesięcznika. No więc pan lat 50 dochodzi do wniosku, że żona jest miłością jego życia. No bo wrócił z kolejnej delegacji, gdzie znów był z kolejną „fascynacją” i zdziwił się że zastał puste mieszkanie… Teraz pisze do kobiecej gazety, bo żona czyta, żeby dała mu ostatnią szansę…

Moim zdaniem jest to projekt, żeby wywołać dyskusję. No bo przecież chyba nie ma takich idiotów na świecie. Przecież nawet licealista wie, bo go tego uczą, że gdy coś robi, to wcześniej czy później musi się liczyć w efektami swojej „działalności”.

I tu mi się przypomniał kolega z gg, który też myśli dolnym mózgiem.

Ja żyję w specyficznych warunkach. Siedzę w domu, coś tam sobie dłubię. Nie spotykam ludzi za dużo a jak już spotkam to przeważnie kompletna porażka… Straciłam nadzieję, że spotkam kogoś normalnego, cokolwiek by to miało znaczyć.

Człowiek człowieka traktuje jak przedmiot. Nawet w rodzinie. To co wymagać od byle świra. Nie wiem czy szukać i marzyć czy dać sobie spokój.

 

 

 

 

Sama w wielkim mieście, w małym mieście, na wsi i w domu.

Dawno nie pisałam, wiem. Mało tego, zastanawiam się, czy nie mając nic do powiedzenia, sensownym jest ubierać ten fakt w słowa.

Świat jest nieprzyjazny, ale to  nie jest najgorsze, albowiem boli nieprzyjazność bliższych sfer. Czasem więcej zainteresowania i zrozumienia dostarczy ci obca osoba. Nie bliska.

A właściwie dlaczego znów zaczynam się użalać? Po co to? Widać już tak będzie. Nie cierpię tekstów, że wszystko ode mnie zależy.

Nie cierpię generalizowania i oceniania. Ale czasem generalizuję i oceniam.

Śmieszy mnie walka płci i wzajemne najeżdżanie na siebie, podczas gdy można z wyboru żyć w celibacie.

Śmieszą mnie osoby, które uważają, że wiedzą wszystko i z góry tej swojej zajebistości oceniają drugiego operując schematami, które jak im się przyjrzeć, są wyjątkowo debilne.

Nie daję się wciągać w netowe pyskówki na powyższe tematy. Dlatego nie mam stalkerów. Jakby co to daję im się wygadać. I to wszystko. Zlewam,zlewam, zlewam.

Będę marzyć o normalności, nawet jakby tylko tak miał wyglądać RAJ po śmierci. Nie wiem co mam robić, żeby osiągnąć ten stan za życia.

Właściwie jest już jakiś przebłysk. Chyba choroba ustępuje. Wyniki mam idealne, bez żadnych, nawet małych stanów zapalnych. Czy to jej taki urok, czy mój sposób odżywiania? Nie wiem, ale cieszę się.

Jutro mam wielką jak dla mnie próbę. Sama w obcym mieście. Taka sytuacja to bardzo często treść moich koszmarów sennych. Wiec najpierw wpadłam w panikę, gdy okazało się, że nie ma kto ze mną jechać. Ale potem pomyślałam: zmierzę się z tym. Ha ha.  Jeżeli tutaj nie polegnę to znaczy, że gdzie indziej też powinnam sobie dać radę.

Co do kreatywności… Chciałabym, żebyś był moją MUZĄ.  ❤

Eksperyment prawie socjologiczny ;)

 

 Byłam nieuczciwa. Może nawet popełniłam przestępstwo. Po prostu przez chwilę udawałam kogoś innego. Posłużyłam się zdjęciem modelki zza siedmiu mórz. Ale co właściwie chciałam udowodnić? Tylko to, że atrakcyjniejsi mają powodzenie. Epokowe odkrycie doprawdy. Jeszcze ciekawsze jest to, że atrakcyjniejszym osobom chętniej przypisuje się przymioty takie jak wysoka inteligencja czy pozytywny charakter i wysokie poczucie moralności. A jeden filozof nawet rzucił w powietrze pytanie, czy wnętrze też jest takie doskonałe. Odpowiedziałam zaczepnie, że wnętrze nikogo nie obchodzi, co najwyżej internistę i chirurga. Koleś nie podjął dyskusji, widocznie pytanie było faktycznie tylko rzucone w powietrze.

Gdy juz zaczeło się robić głupkowato, zamieniłam fote modelki na fote z wiocha.pl, oczywiście obcinajac logo. Wszystko było z nim w porządku, poza tym, że pani, nota bene dosyc do mnie podobna, była troche rozchełstana. Ale tylko troche. I miała botoks albo pusch-upy. I nadal miałam szalone powodzenie, aż sama sie zdziwiłam. No po prostu chyba nie byłabym samotna jakis czas. Jakis czas. Właśnie, jaki? Nieważne, w sumei to nie o to chodziło.

Jeszcze mi sie nasuneła myśl, że ja na FB mam portrety od kołnierzyka po czubek fryzury mniej wiecej i może dlatego sporo tracę. Ha ha ha.

Tak więc eksperyment socjologiczny tylko potwierdził to, co juz i tak wszyscy wiedzą.

Zastanawiam się tylko dlaczego coś tak głupiego przyszło mi do głowy. Przecież już dawno miałam wyrobiony pogląd na ten stan rzeczy, na proporcje ludzi normalnych do ludzi trochę innych…

Może dlatego, że w jakiś sposób przeżywam spadek mojej atrakcyjności. Choroba nie tylko powoduje, że nie mam sił. Choroba także powoduje moje drastyczne brzydactwo. Czasem mi się wydaje, że jestem przezroczysta. A całkiem niedawno było co innego. I to nie mówię o okolicach mojej trzydziestki. To było nawet rok temu, a napewno dwa lata temu.

Nawet jak schudnę, co już poważnie zamierzam, to chyba zostanie mi jędzowata twarz. Takie mam problemy hehe. Zespół paniki zamykajacych się drzwi. Ha ha.

Ale przecież nie czuje niechęci do atrakcyjniejszych i młodszych kobiet… Nie ubieram się jak nastolatka… Aha i nie prowokuję erotycznie młodszych mężczyzn. No, co ja poradzę, że podobają mi się starsi. Tylko na ogół takim podobają się młodsze. Kurcze pokomplikowane to wszystko. Na walory mojego intelektu raczej nikt się nie złapie, z tej prostej przyczyny, że nikt nie chce dać szansy. No bardzo śmieszne.  Byłoby śmieszne, jakby nie było prawdziwe.

 Trochę za dużo tu uogólnień, wiem.

Ze mną dobrze a będzie jeszcze lepiej.

Od jakiegoś czasu żyję jak na petardzie. Nie wiem czy pełnej czy niepełnej. Mam sporo energii i chęci do robienia różnych rzeczy. Pomysł goni pomysł i nawet nie starcza mi dnia, żeby wszystkie plany zrealizować. Na dodatek z powodu choroby szybko się męczę, ale nic, pozostają chęci i następnego dnia wszystko kręci się od nowa.

Uwielbiam taki stan. To jest w ogóle coś nowego. Co prawda sporo pracowałam, dokształcałam się i nadal to robię, żeby osiągnąć taki stan. I to mówię nie tylko o sferze fizycznej ale także o psyche.

Nie wiem, czy wystarczyła mi zmiana trybu życia na zdrowszy, czy też przekora, żeby wygrać z chorobą, żeby jej się nie dać. No bo gdy wszystko jest w porządku, wydaje się nam, że tak musi być i tak będzie wiecznie. Niestety to nieprawda.

Przychodzi choroba, jedna czasem druga. Bo nieszczęścia chodzą parami. I wtedy albo pozwalamy żeby choroba rządziła, albo ze wszystkich sił ogłaszamy własną, wewnętrzną mobilizację.

Nie wiem jak to ze mną było. Może działają endorfinki zawarte w niektórych ziołach i przyprawach. Nie wiem. Ale czy to ważne? Ważne, że jest dobrze a będzie jeszcze lepiej. Tak więc trwaj chwilo, jesteś piękna.

Noworoczna, mała euforia.

Przeszło połowa miesiąca stycznia a u mnie fajnie. Sama nie wiem dlaczego, ale nieistotnie bo najważniejsze, że się dobrze czuję. Rozgoniłam stan zapalny lekami a wyniki też prawie idealne. Wskaźniki stanu zapalnego zbliżają się powoli do granicy normy. Jakby było dobrze, gdyby sarkoidoza się wycofywała…

Nawet mam sporo siły. Zdarza mi się nawet wypiekać dwa ciasta na weekend. To niebywałe. W tym tygodniu jestem sama bo wysłałam córkę do dziadka. Po prostu lepiej jej będzie z dojazdami na praktyki. No i mam luz.

Niewiele fizycznie pracuję, skupiłam się raczej na pisaniu. Tak w ogóle trudno mi było osiągnąć w tym systematyczność. A przecież bez tego nie ma mowy o żadnym postępie. Niby to dobrze wiem, ale lenistwo zwycięża. A przecież moja ulubiona sentencja to: nulla dies sine linea .

No dobrze, na siłę pracujemy codziennie. A właściwie to powinno być przyjemnością. Zauważyłam, że gdy coś napiszę to mam lepszy nastrój. Gdy mi się to nie uda, mam potworne wyrzuty sumienia o stracony dzień. To wszystko chyba o czymś świadczy. Już na pewno o jakiejś pasji.

Już nie chce mi się żalić, jak to ojciec mnie olewa, lekceważy. Nie mam ochoty analizować przeszłości. Może kiedyś to zrobię jak będę gotowa. A może nigdy. Może wrócę do tego kiedyś w postaci jakichś zapisków albo książki… No ale kto by chciał coś takiego czytać?

Tymczasem tworzę. Jakoś tak w oderwaniu od tamtych problemów. Dziś zamierzam skończyć jedno z opowiadań. Nie chcę go zamieszczać na żadnym portalu dla piszących. Przekonałam się, że to bez sensu. Opowiadania będę zbierać. Może kiedyś się przydadzą. Skończę dziś albo jutro i zamieszczę w zakładce „Ple ple” albowiem nie mam tytułu. Za wszelkie pomysły jego dotyczące będę wdzięczna.

 

:)  Opowiadanie już jest, zapraszam w zakładkę PlePle

 

 

Nowy rok, nowe szanse?

Wypadałoby podsumować zeszły rok, jak robią wszyscy. Najlepiej od razu pierwszego. Miałam i ja taki zamiar ale…  Totalnie jestem słaba. Fizycznie i intelektualnie. Ból nogi minął ale zaczęło się coś z płucami. Kaszle i pluję. Jest też stan podgorączkowy. Nie mogę już łykać tabletek bo boli mnie brzuch. Wizyta w Instytucie Chorób Płuc dopiero w maju. Ciekawe czy dotrwam.

Pozostaje jakaś dieta, może pomoże. W tej chwili nie mam siły gotować na kilka garnków. No bo nikt nie lubi jarzyn. O surowych produktach nawet nie ma mowy. Nawet nie mam do czego dodać kurkumy ani pieprzu o imbirze nie wspomnę. Te święta pod kątem kulinarnym zupełnie mnie rozregulowały.

Ale już od poniedziałku wracam do dawnego sposobu odżywiania.

Podsumowanie roku? Proszę bardzo: Był okropny. Nie mam zamiaru żalić się, ile to mnie przykrości spotkało, bo to nie ma sensu. Końcówka tez była huczna. Nawet wstyd wspominać. Wypadałoby wyciągnąć z tych wszystkich nauk jakieś wnioski. Na razie układa mi się jeden: Trzymać się z daleka od chamskiego bydła. Bez obrazy dla zwierząt oczywiście. Ale skąd ja mam wiedzieć jaki kto jest naprawdę, skoro się na początku świetnie maskuje a moja podświadomość czy intuicja po prostu śpi.

No cóż, nie ja jedna w dojrzałym wieku ciągle doświadczam negatywnych zdarzeń.

Jak zwykle obiecuję sobie, że nie pozwolę już, że będę robić inaczej, że skupię się na tym co mi przynosi satysfakcje i rozwój. Ciekawe czy spełnię te założenia? Może będę się starać przez jakiś czas a potem dopadną mnie słabsze dni i znów wnerw będzie nadawał ton mojemu żywotowi. A to wcale nie jest dobre.

To może lepiej nic sobie nie obiecywać?

 

 

 

Dziękować i bić pokłony.

Nagle, nie wiadomo skąd, poczułam się całkiem dobrze. Podobno nie ma RZS, jest tylko zapalenie stawu w przebiegu sarkoidozy. Po lekach mogę w miarę dobrze chodzić. Jak niewiele do szczęścia człowiekowi potrzeba.

Przytyłam kilogram, wcale tego nie chciałam ale widzę, że wyglądam lepiej na twarzy. W ogóle bardziej zaczynam się lubić i to sprawia, że dobrze się ze sobą czuję.

Ale przecież nie może być wiecznie dobrze. Akurat mój ojciec po dwóch miesiącach operacji na jelicie znów zaczął ostro pić. Znów wydzwania do mnie i wyzywa. Tyle, że teraz mi to lata koło odwłoka. Nie mam zamiaru znów się dołować, przeżywać wszystkiego i pogrążać się w nowych dolegliwościach. Wystarczy.

Oczywiście według pewnej szacownej komisji, mój ojciec nie jest alkoholikiem, no to co ja mogę. Pewnie jest smakoszem. A niech będzie. Skoro nie jest ubezwłasnowolniony, bo nie ma do tego podstaw to znaczy, że ma wolną wolę i chce jakoś w miarę szybko zakończyć zwój żywot.

Swoja drogą to bardzo niesprawiedliwe. Mieć takie zdrowie i nie szanować go bezkarnie przez tyle lat. Inni zachowują się fair w stosunku do własnego organizmu i mają o wiele mniej szczęścia. No ale kto powiedział, że świat jest sprawiedliwy?

Doszłam do wniosku, że otaczają mnie męskie france. Wyłączając mojego syna i zięcia, ale pewnie dlatego, że to młodzi ludzie. ;)

Nawet miałam zakusy, żeby kogoś uznać za osobowość która jest w porządku. Coś mi jednak mówiło, żebym się specjalnie nie entuzjazmowała. Wtedy uznałam, że mam już obsesję, że jestem przewrażliwioną, zbzikowaną dewotką. I co?

Ano nic. Intuicja miała rację. Wystarczyło jedno zdanie pytające. I wszystko wyszło na wierzch. Jak to mówił mój kolega z lat szkolnych: ” Nie polegaj na pierwszym wrażeniu. Zazwyczaj całe g….o  wypływa później”.

No i jeszcze jedna sprawa. Wszyscy oni uważają, że mam być za wszystko im wdzięczna. Ale nie tylko wdzięczna, ale cały czas mam dziękować. Ojciec za to, że mnie wychował, za to że się starał. Pan mąż za to, że mnie utrzymuje, za to że od czasu do czasu coś kupi dla domu. Że mogę sobie kupić ciucha w lumpie, że mam internet, światło i wodę…  O co tu chodzi, nie mam pojęcia. Mnie jakoś nikt nie podziękował za pewne sprawy. Nie będę wyliczać za co, bo by wyszło, że mi się rozchodzi.

A mnie się już o nic nie rozchodzi. Chciała bym mieć spokój i w pełni nie przejmować się tym, czym nie warto.

No i zauważyłam też, że tych dwóch osobników, z natury bliskich a dalekich jak Pas Oriona, bardzo się wkurza jak widzą, że mam wywalone na pewne sprawy. O co tu chodzi? O władzę nad drugim człowiekiem? No to niech do cholery zainwestują w osobistego psa. Ten, WYTRESOWANY  zawsze się podporządkuje, bo kot to już niekoniecznie.