Choroby, przemoc ekonomiczna i nic nowego.

Wychodzi na to, że sarkoidoza to nie będzie jedyna moja udokumentowana przypadłość. Pewnie do RZS dojdzie jeszcze głęboka depresja. Psychiatra potrzebny od zaraz. No i prochy. Żeby być ciągle na haju, żeby nie myśleć jak to mi się wszystko nie udało. Może to jeden, pojedynczy atak bólu, może przejdzie. Na razie jednak chodzę jak kaczka z przetrąconymi kończynami, i czasem rzuca mnie w nieprzewidywalne strony. Pól biedy jak jest to wolna przestrzeń, ale gorzej jak jest to ściana albo futryna drzwi. To wszystko z powodu chodu ochraniającego stawy.

Rodzina podchodzi z pretensjami, dlaczego to mnie spotkało i dlaczego nic nie robię w domu, a w ogóle jakim prawem czasem płaczę. To tak wkurza rodzinę, że rodzina hamuje agresję. A w ogóle to na to się nie umiera. Ich zdaniem powinnam zachorować na coś konkretniejszego, żebym padła w pościel, pluła krwią i rozkładała się na ich oczach, byle prędko, bo czegoś takiego nikt nie wytrzyma na dłużej. Oddzielną sprawą są znów pieniądze. Jak śmiałam iść prywatnie do lekarza, przecież od lat mam pewne problemy. Akurat na tego specjalistę czeka się miesiącami a mnie się zachciało wykluczać pewna ewentualność akurat teraz. Powinnam na początku się zapisać na fundusz, to bym się doczekała.

Tym trybem myślenia to powinnam się zapisać już teraz do laryngologa, a nuż mi za 2 lata polip w nosie wyrośnie?

Dzieci stoją za ojcem bo on ma kasę. To moja porażka pedagogiczna. Trzeba było walić po łbach o byle gówno, wydzierać się przy każdej okazji i myśleć tylko o sobie. Po raz kolejny nastąpił paragonowy idiotyzm. Tak wiec chyba zakupy będzie robił ktoś inny. Nie mogę zbierać dowodów bo nie mam siły. Musiałbym ciągle mieć włączone nagrywanie. Ja po prostu nie mam na to warunków. Z panem mężem nie ma sensu gadać, bo zawsze to samo. Jakieś wywlekanie cudów sprzed 20 lat, gdzie podobno parę tysięcy wydawałam na książki miesięcznie… Hmm powinnam mieć już tutaj drugą Bibliotekę Narodową.

I zawsze miałam wielkie wymagania. No prawda. Teraz też mam. Ale na wymaganiach się kończy. Bo prawdą jest, że męża kosztuję tyle co żarcie i trochę wody z mydłem. Ciuchy kupuję w lumpie a buty kupowali mi rodzice. Wszystko inne kupuje za swoje, które mam z rękodzieła. Oczywiście nie ma jakichś tam ekscesów, bo wiadomo jakie to sumy.

To jest jawne skurwysyństwo, tak traktować żonę gdy się zarabia tyle ile się zarabia.

Dużo w tym mojej winy. Trzeba było zostawić dzieci z kluczami na szyi albo pod opieką ciemnej ciotki, gdzie siostrzeńcy mieli niesamowite pomysły a niektóre na granicy prawa. Trzeba było pogonić chora teściową, niech idzie do córki a nie godzić się na rolę darmowej opiekunki, po której się jeździło jak po łysej kobyle. I nie można było nic powiedzieć, no bo to osoba chora i z tego powodu znerwicowana.

Oj to teraz JA. Nadchodzą moje choroby i moje znerwicowanie.

Mam już dosyć. Po co te wszystkie trapie, po co te wszystkie mądre książki, jak koniec końców i tak ci pokażą co jesteś warta i kim jesteś.

 

Tęskniąc nie wiadomo za czym. Albo wiadomo.

Na portalu gdzie zamieszczam moje wypociny, już poszufladkowali twórczość. Jest dolna półka i górna półka. Tak samo dla prozy jak też dla poezji. Szkoda, że nie ma bezdennej szuflady i zakurzonego miejsca pod szafą wraz ze śmieciami i kudłami z kurzu. Moje wiersze trafiają raz wyżej, raz niżej. Trochę chce mi się śmiać, bo nie rozumiem zasad, według których następuje ten rozdział.

Ja w sumie nie oczekuję uznania po tamtejszych czytelnikach. Tylko wydawało mi się, że mogę czasami czegoś nowego się nauczyć. Nie zależy mi też na wydawaniu tomików, albowiem nie chcę sławy a kasy też nie, bo na poezji jeszcze nikt w naszym kraju się nie wzbogacił. To nie Ameryka. :D

Powinnam to robić dla siebie. Obiecałam konkursowy wiersz i oto on:

 

TĘSKNIĄC ZA MEDIOLANEM

 

nie wie dlaczego wciąż jest tutaj a nie tam

wszystko miało być tylko na chwilę

 

w kolejne Boże Narodzenia

przysięga sobie i tym samym ścianom

że to już ostatni raz

ale jest zanurzona po szyję

podobna do posągu z Wyspy Wielkanocnej

 

myśli że pory roku ustawiają się w koło

ona wędruje po okręgu

a naprawdę to spirala

która niemiłosiernie wypycha w przód

 

każda wiosna to odbudowa świata

przeźroczystym niebem

samoloty uciekają na południe

lato jest błogim nicnierobieniem

jeszcze nie jest późno

jesień przychodzi z wyrzutami sumienia

z powodu straconego czasu

zima jest oczekiwaniem

dzień w którym dowie się na co

będzie wielkim

 

prawie nigdy nie gotuje obiadu

tylko patrzy na powtarzalność

która bywa wzorem na tkaninie

 

już nie chce kota

one ciągle gdzieś przepadają

chodzą własnymi ścieżkami

w końcu nastają dni gdy nie przychodzą wcale

zresztą nie potrafi już znieść

wizyt weterynarza o południowym typie dojrzałej męskiej urody

zawsze potem choruje

kilka dni wyjętych z życia

 

gdyby wiedział jak jest blisko

 

powinna uciekać

przed strachem

że nikt nie obejmie i nie przytuli

gdy będzie trudniej

trzymać igłę w palcach

 

ale myśli o ciszy takiej

co dzwoni w uszach najpiękniejszą melodią

zimowy poranek z zamglonym lasem i daleką białą nitką nad horyzontem

to dopiero preludium

 

tymczasem jedwabie się niecierpliwią

pomrukują z rozkoszy gdy przesuwa ręką po grzbietach beli

w sklepie bławatnym

 

jak zwykle rozciąga mapę plątaninę kresek

coraz więcej skupienia aby znaleźć właściwą ścieżkę

od chwili gdy odezwą się nożyce

praktycznie nie ma odwrotu

 

chciała nosić ich miniaturkę

na złotym łańcuchu

wychodzić na koniec pokazu

 

czasem myśli kiedy pęknie nić

łącząca dłonie z sercem

 

kolejny wschód słońca ratuje życie

 * 

 

Zamieściłam tam oczywiście po całym tym konkursie, gdzie wiersz poległ. Ale jak za każdym razem uczy mnie życie – zawsze są lepsi. Ale czym się tu przejmować? Wcale nie muszę być najlepsza… Nie mam takiej potrzeby.

Na tym portalu zaraz musiałam tłumaczyć, że to nie jest konkretnie o tym włoskim mieście. To sprawa umowna. To jest rzecz o wielkim niespełnieniu. Czegokolwiek ono by miało dotyczyć. Może też o samotności… Ale też o jakiejś pasji, która nadaje trochę sensu. I co tu dalej tłumaczyć?

Moja wrażliwość bez żadnych praw.

Już coraz więcej spraw mnie irytuje, żeby nie powiedzieć dosadniej. Chyba to stetryczenie mnie dopada powoli. Gdzieś w okolicach Święta Niepodległości zabolała mnie stopa i trzyma do tej pory. Pięć zastrzyków wybranych i NIC lepiej. Może dwie godziny po zabiegu jako tako ale potem znów to samo. Po namyśle doszłam do wniosku, że moja podświadomość lubi chorować, bo dla mnie to oznacza wymówkę do obijania się no i co by tu nie mówić, chorobowe. Paradoksalnie pracując w rolnictwie mam wielkie g…

Tak więc chyba się nie wykaraskam. Obserwuję tylko mój upadek i nie mam pomysłu na dalsze funkcjonowanie. Pisanie mi stoi, nawet nie chce mi się tworzyć poezji, bo tam gdzie zamieszczam, to niewiele mogę się dowiedzieć. Po prostu prawie nikt się nie chce wypowiadać. Ani, że złe ani, że dobre. Jakie to trudne napisać zdanie na temat wiersza. O konkursie nawet nie wspominam, bo przepadłam w ilości wierszy. No wychodzi na to, że wszyscy piszą. A może ja sama tylko rozumiem własna pisaninę? No ale to większość wierszokletów tak ma. Tutejsi też. Albo bełkot, gdzie nikt nic nie wie a każdy udaje, że jest inaczej, albo prościzna, gdzie wszyscy zachwycają się nad prosta formą. Tyle, że moja formą nikt się nie zachwyca, bo jestem anonimowa. Ale pieprzyć to.

Innym wkurzeniem jest oczywiście czytanie internetu. A ostatnio między innymi o pewnym artyście, który po pijaku wymachiwał bronią, na którą zresztą ma pozwolenie. Mam nadzieję, że już niedługo.

Oczywiście lubię czytać komentarze, bo tutaj można się wiele dowiedzieć o ludziach. Tak więc większość go hołubi i najeżdża na jego małżonkę. No bo jak można dziecko w to wciągać? Najlepiej nie odzywać się, tylko opiekować się alkoholikiem i zapewnić mu najlepsze warunki do wygodnej pijackiej egzystencji. Bo on wrażliwy, bo artyści tak mają… Ale w ogóle jaki to wspaniały człowiek, miły, życzliwy i do kościoła chodzi. Nawet wypowiadał się proboszcz tamtejszej parafii. Jaki to wspaniały człowiek bo sypnął kasą na remont czegoś tam, chyba dzwonnicy i czegoś tam jeszcze.

Ja nie wiem k… na jakim ja świecie żyję. Chyba jestem nieprzystosowana. Odpadam. Leżę jak świr.

Moją wrażliwością nikt się nie przejmuję. Mało tego, jak bym zaczęła ostro pić to też spotkała bym się z potępieniem, bo jak to mówi jeden z moich znajomych, kobitka pijana to wygląda nie teges… ale facet pijany to owszem, jako tako. 

W chałupie raczej też by mnie nie trzymali i nawet nikt specjalnie by się nade mną nie roztkliwiał. Aktualnie też nikt się nie roztkliwia specjalnie mimo, że nie piję. Za to facetem to trzeba się opiekować i ulegać jak wrzodowi na d…  A która się przeciw temu zbuntuje, to niestety od tej chwili zawsze ma pod górkę w wielu aspektach. Nie tylko w ekonomicznym.

A alkoholik, jak nie chce to nie pije. Ale raczej chce bo tak fajniej. Mój ojciec nie pił przeszło miesiąc, bo miał operację na jelito. Dało się? Dało. I nawet nie było problemów z syndromem odstawienia. Ale już wszystko się wygoiło, to można wrócić do tego miłego hobby.

Czyli mamy wolę, ale… nie chcemy. I co ja mogę zrobić? Nic. Czasem tylko chciała bym uciec gdzieś. Tam gdzie mnie nikt nie znajdzie. Albo zamieszkać gdzieś z boku i trwać i czekać nie wiadomo na co. Albo wiadomo, ale to nie oznacza doczekania się.

Zamieszczę tutaj jeden z moich ostatnich wierszy. Za jakiś czas opublikuję ten konkursowy. Na razie ten krótszy. I czego tu nie rozumieć?

*

kupię ten dom z cegły

co stoi na rogu

będę przesiadywać w oknie

i z nieruchomą szyją zaglądać w lustro drogowe

czy aby goście z gór nie jadą

 

księżniczka w białej wieży

 

będę obserwować senne pogrzeby

mój i twój

w nienaturalnie małym odstępie

 

jednak przedtem nauczę się na pamięć

szumu ulicy bełkotliwych rozmów po drugiej stronie

przy świecie niezdrowym napojów i przegryzek

czynnym całą dobę

 

polubię pewność że jestem w centrum imprezy

jak też cowieczorny prysznic

z ciepłą wodą udającą twój dotyk

*

Wiersz który mnie rozwesela.

Jak ja lubię ten wiersz… Za każdym razem wzbudza u mnie wesołość. Wisława Szymborska celnie użądliła. Lata mijają a nic się nie zmienia w tej naszej (mam na myśli płeć) naszej ograniczoności. I ciągle się boimy. Ale teraz wiem, że nie ma czego.   :-P

„Ze wspomnień”

Gawędziliśmy sobie,
zamilkliśmy nagle.
Na taras weszła dziewczyna,
ach, jak piękna,
zanadto piękna
jak na nasz spokojny tutaj pobyt.

Basia zerknęła w popłochu na męża.
Krystyna odruchowo położyła dłoń
na dłoni Zbyszka.
Ja pomyślałam : zadzwonię do ciebie,
jeszcze na razie – powiem – nie przyjeżdżaj,
zapowiadają właśnie kilkudniowe deszcze.

Tylko Agnieszka, wdowa,
powitała piękną uśmiechem.

 

Ha, ha, ha. Jakże się boimy. Jakie czujemy zagrożenie… Jak lękamy się, żeby nic nie zagroziło naszej małej stabilizacji…

Tymczasem chyba bezpodstawnie. To, że ktoś jest piękny, nie oznacza bynajmniej, że będzie chciał sobie cokolwiek udowadniać, podrywając wszystko co się rusza, nawet osobników w związkach. A popatrzeć każdy może. Czy w muzeum albo na wystawie jestem zazdrosna bo partner patrzy z podziwem  na dzieło sztuki? (Abstrahuję tutaj od mojego ślubnego, który nie ma wewnętrznej potrzeby obcowania ze sztuką, ale on w wielu aspektach wymyka się powszechnym schematom…)

Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że właśnie osoby niepewne siebie szukają ciągłego dowartościowania.

Więc po co ta panika. Jeżeli dla mojego związku zagrożeniem jest pojawienie się gwiazdy, to co to za związek. No i jeszcze nie wiadomo, czy gwiazda jest chętna.

No bo jak w tym starym obleśnym dowcipie: „Nawet jakbym się zamieniła w piłę mechaniczną to i tak wszystkich nie przerżnę” … ha, ha, ha.

Wiec po co ta panika.

Narratorka z pierwszą myślą chciała zadzwonić do swojego partnera. Jakie to nieostrożne. No bo facet zostawiony na dłuższy czas sam, ma więcej możliwości na skok w bok, niż facet pod opieką, choćby codziennie oglądający gwiazdy, nota bene wcale nie zainteresowane jego osobą.

To takie wesołe przemyślenia. Ale w kontekście tego wiersza, zawsze przychodzi mi na myśl pewna konkluzja. Myślę o rozrywkowych imprezach masowych, na przykład typu wesele. Kiedyś każdy bawił się z każdym. Mogło być wielu singli i mogli oni tańczyć do upadłego, albowiem panowie nie pozwalali, żeby jakakolwiek kobieta przesiedziała imprezę.

Dziś jest inaczej. Musi być para, nawet jakby było trzeba osoby towarzyszącej szukać na towarzyskich portalach. Każda kobieta pilnuje swojego faceta, żeby czasem jakaś samotna kobieta go nie ugryzła. No bo byłby wtedy niekompletny. Pilnowanie jest nawet wtedy, gdy facet jest wyjątkowo paszteciarski i normalna kobieta by go nawet osr…m patykiem nie tkneła, nawet w stanie skrajnego upojenia alkoholowego…

No ale pilnować trzeba.

Jestem wrażliwa na temat bo ostatnimi czasy mój mąż nie towarzyszy mi na weselach w mojej rodzinie. Co w sumie sobie bardzo chwalę, bo mi odchodzi zżymanie się na przeróżne popisy wyżej wymienionego.

Inna sprawa, że NIKT mi się nie podoba aż tak, żebym musiała snuć jakieś wizje. I dlatego to wszystko, te zwyczaje, te obawy, ten wiersz wydają mi się tak zabawne, że za każdym razem ogarnia mnie wesołość.

 

 

Nie wiem o czym pisać.

Ale mam durny czas. Myślałam, że w okolicy urodzin to spotka mnie coś miłego a tu może i było miło ale mało kiedy i krótko. Co chwilę przyjeżdża pan mąż i wprawia mnie od czasu do czasu we wrzenie ale akurat chodzi o działanie na nerwy a nie na zmysły… To już nie ten etap :D

Jeżeli o facetów chodzi, to nie można nikogo poznać, bo wszyscy wydaja mi się tak durni, że to chyba koniec świata. Ewentualnie obracam się nie w tych kręgach co trzeba. Ale tez raczej w innych raczej nie będę się obracać. Co za ból.

Inna sprawa, że za każdym razem mam skłonność do porównań. I to każdego do każdego. Większość wychodzi marnie. To taka moja przypadłość.

Trzeba się chyba wziąć znów za pisanie, bo gdzie by nie przystanąć to martwe pole. Na dodatek choroba mi się zaostrzyła. Bo zimno, bo wieje. Czasem deszcz pada.

No i chudnę. Niedługo stuknie dycha w stosunku do kwietnia. No niby to niepokojące, ale cieszę się. Mam jeszcze trochę do oddania.

Dzień środkowy.

Dawno nie pisałam. Ale dziś jest dzień środkowy, więc nie mogę przepuścić takiej okazji. Dzień środkowy wymyśliłam w dzieciństwie i oznacza on dokładnie czwarty październik, czyli dzień między imieninami a urodzinami.

Po czasie przestałam obchodzić imieniny a teraz okazuje się, że chyba też przestane świętować urodziny, no bo po co i dlaczego. W sumie jak to powiedziała śp. Maria Czubaszek, kobieta powinna raz ustalić ile ma lat a potem się tego trzymać.

Właściwie to obce mi są problemy dotyczące mojego wieku. Za to mam inne. I to sporo.

Sprawy spadkowe się po prostu niektórym osobom „rozłażą”. No bo co można załatwić, skoro nie ma kiedy, bo picie ważniejsze. Na dodatek niektórzy się opierają i mój ojciec sprawia wrażenie grającego na zwłokę ( „a nuż zmieni w końcu zdanie i się zrzeknie swojej części…”). No to sobie czekaj, w sumie masz sporo czasu do setki, całe dziewiętnaście lat.

No i po co było się tak denerwować? Niby zawsze uważałam, że ludzie stosujący zasadę „f**k it” żyją lepiej bo bezstresowo, ale i tak zawsze się ekscytuję ponad normę.

Urodziny powinny być jakimś momentem do analizy ostatniego roku. Niestety u mnie jej nie będzie. Był niepodobny do niczego. Nie narzekam, bo pewnie bywają gorsze. Było kilka dobrych momentów, ale jednak więcej stresów i nerwówki.

W horoskopach podsyłanych mi przez B. stoi, że będą jakieś nowe, ciekawe znajomości. A ja tymczasem wolałabym te stare. Jaka ja nigdy niezadowolona.  ;-)

Wypadałoby pokwękać na brak kasy… David Garrett gra w grudniu w Łodzi… no oczywiście to dla mnie nieosiągalnie. Finansowo i logistycznie. Z imprez to mogę liczyć na konkurs jednego wiersza rozpisany przez tutejsze centrum kultury. A i tak nie ma pewności, że się załapię na galę wyróżnionych  8-)

Tak więc z okazji jutrzejszego święta, życzę sobie więcej luzu i obojętnego stosunku do pewnych spraw, które nie zasługują na moje nerwy.

 

 

Tak wygląda koniec?

Koniec wszelkiej nadziei aby żyć tak ja chcę. Dół w którym nie mogę pisać, nie mogę nawet czytać, tylko rozmyślam jakim trzeba być człowiekiem, żeby skrzywdzić drugiego człowieka. W tym wypadku swoje dzieci.

Tu nie trzeba szukać diabła z otchłani. Diabeł jest na miejscu.

Skrótem mówiąc, zostałam wydziedziczona a wszystko będzie mojemu mężowi. Oczywiście to ma być mojemu dziecku. Jednemu a mam ich troje. Ale faktycznie lżej będzie mojemu mężowi, bo będzie miał już lżej z dziećmi. Ze mną ma bardzo lekko, tak jak by mnie nie było, bo specjalnie na mnie nie łoży.

Mogę sądzić się jak mój brat… ale wiadomo jaka by była atmosfera w domu. Już dostałam czytelny przekaz, że dostane te kasę ale sobie z nią pójdę.

Oczywiście nie ma takiego prawa, żeby mnie wygonić (chociaż wszyscy, nie wyłączając mojego ojca o tym marzą) ale wiem co ten człowiek potrafi i przy mojej chorobie to by oznaczało mój rychły zgon.

A już tak dobrze się czułam…

Nawet wysądzając procenty, niewiele sobie polepszę, bo wartość została celowo zaniżona do wręcz śmiesznej kwoty. Mój brat też niewiele sobie polepszy chyba, że ma łebskiego prawnika.

Chamy nie biorą pod uwagę, że coś nam się nam należy po matce, tylko zalecają nam wziąć sie do roboty. Ludzie przed 60 tką, którym zagraża renta zabiorą się za robotę.

W tej chwili myślę, że najbardziej realna dla mnie będzie renta od psychiatry.

Powrót do świata względnie żywych. ;)

Jestem już. Po szpitalu, po badaniach. Faktycznie sarkoidoza ale na 98 procent. Tak piszę, bo lekarze mają wielką ochotę zrobić mi jeszcze biopsję węzłów chłonnych płucnych… Czyli coś tam spekulują… :(

Ale to na szczęście w przyszłości. Najlepiej jeszcze w tym roku. Masakra.

Czyli nie koniec problemów.    Na dodatek czuję się delikatnie powiedziawszy – średnio. Natomiast zwolnienie wyrwać jest bardzo ciężko. Niestety ten mój zjawiskowy pan doktor pulmonolog jest jeszcze miesiąc na urlopie.

Głupi czas, wszyscy na urlopach, ja nawet nie mam z kim pogadać. Na swój własny urlop nawet nie mam co liczyć. Kasa, choroba i ogólnie ciemna dupa.

Tak w ogóle w szpitalu jeszcze raz dowiedziałam się, że moje problemy to jeszcze nie koniec świata, ale co to za pociecha. Taka średnia pociecha.

Jest jeden plus. W szpitalu bardzo schudłam. Nie ma się co dziwić, zważywszy kaloryczność szpitalnego żywienia. Ale jest jeszcze problem, bo nie wiem czy to wyłącznie dzięki temu. Bo chudnięcie postępuje nadal. To może być teraz wszystko. Ale najlepiej nie zaprzątać sobie tym głowy.

Jestem dziwna. Pracuję nad myśleniem, wpierniczam kurkumę z pieprzem w ilościach hurtowych prawie, zażywam jakieś cudowne zioła zza siedmiu mórz, a jak zaczyna to wszystko działać to ja się boję. Lepiej przestać sobie wynajdywać problemy.

Pisanie stanęło. Nawiedzają mnie jakieś obrazy z lat 60 tych… Wtedy to było fajnie. Ale nie wiem czy u mnie. Swoje dzieciństwo jakoś wypieram.

Centrum interwencji kryzysowej pogłębia mój kryzys.

Może to nie jest tak do końca, jak w tytule, ale wszystko zaczęło się tam. Co prawda jest już inna nazwa tej placówki, w której występuje słowo „profilaktyka”. I tak się zastanawiam czego ta profilaktyka ma dotyczyć…

Chyba tego, żebym się nie poczuła zbyt dobrze.

Ale od początku.

Na skutek ogólnego rozstroju nerwowego, spowodowanego wyczynami mojego ojca, autentycznego alkoholika i psychopaty, udałam się tam, żeby odbyć parę rozmów z kimś mądrzejszym, żeby mi udowodnił, że to nie ja świruję. Po kilku rozmowach, doszłam do wniosku, że zgłoszę go na leczenie w odpowiedniej dla gminy komisji. Tak tez zrobiłam. Od tego faktu do czasu posiedzenie miałam jeszcze coś koło 3 przypadku bluzgów i wyzwisk. Po pijaku, ale potem okazało się, że to nic pewnego. :(

Posiedzenie komisji do spraw przeciwdziałania … alko…  ect.

Jak bym wiedziała, że będziemy tam razem siedzieć koło siebie, to miałabym w nosie cały ten cyrk, bo w sumie nich chcę się z nim spotykać. Ale nie wiedziałam, i znów po raz kolejny zostałam zmieszana z błotem i zgnojona, ale tym razem przy świadkach.

Ja odpowiadałam tylko na pytania i mówiłam prawdę. Za to wystąpienie tego wariata to było coś niesamowitego. Po pierwsze w ogóle nie pije. Czasem szklankę piwa… Na pytanie o incydent z przemocą domową powiedział, że po szklance piwa jego małżonka go zaatakowała a on się osłaniał łokciami i stąd te obrażenia u niej.

potem zaczął mnie atakować mówić niestworzone rzeczy na mój temat, w skrócie powiem, że nie byłam u niego od czasu śmieci mamy, nie ugotowałam mu ani razu zupy… (żeby mu to moje żarcie wożone w słoikach kością w gardle stanęło), że w domu popijam Martini schowane za zasłoną i gadam na gg z obcymi mężczyznami, Mam problemy psychiczne i wszystko u mnie zaczęło się gdy on chciał przepisać działkę moim dzieciom. (akurat tylko jednemu ale nie za bardzo może to przeprowadzić w świetle prawa).

Ja wszystko negowałam ale w spokojny sposób a on gadał jak nakręcony, aż mu musiała kobitka przypominać kilka razy, że sprawa nie dotyczy relacji rodzinnych tylko jego picia.

Aha, jeszcze przepuściłam pieniądze które oni mi dali. No bo przepuściłam oczywiście, bo dwa razy dałam mojemu panu mężowi a raz kupiłam sobie różne rzeczy typu komputer czy maszyna do szycia.

Generalnie nikt go o takie sprawy nie pytał, bo rzecz nie dotyczyła mojego prowadzenia się. Jak się k… będę rozwodzić to niech debil idzie do sądu i pierdzieli o tym, że siedzę do pierwszej w nocy i rozmawiam przez neta z obcymi mężczyznami hehe.

Oczywiście mój wiosek został oddalony bo nie potrafię udowodnić, że ojciec pije codziennie. Nie ma zgłoszeń z policji, że ojciec nieprzytomny gdzieś leżał, sąsiedzi nie wnoszą żadnych skarg o nękanie itp itd.

Tak więc powinnam latać codziennie za alkoholikiem z alkomatem i kamerą.

A to już przekracza moje możliwości.

Bo to że, dzwoni do mnie i wyzywa, to nie oznacza, że jest pijany. To może oznaczać, że taki ma akurat charakter. ( z czym w sumie się zgadzam akurat).

Podziękowałam, podpisałam co trzeba i wyszłam. Ten debil jeszcze został tam około 5 minut i mogę się spodziewać co wygadywał. Przecież nie będę uskuteczniać z nim pyskówki przy obcych ludziach.

Porażka, całkowita porażka. Żyję na tym świecie przeszło pół wieku i jeszcze nikt mnie tak nie poniżył. Ani przy świadkach ani sam na sam. Tak się zastanawiam po co mi to było? Żebym znów przez jakiś czas poczuła się jak gówno???

Reasumując, u nas w kraju, żeby być uznanym za alkoholika, trzeba samemu się przyznać do uzależnienia. Tak, piję codziennie, nie mogę bez procentów normalnie funkcjonować i proszę o pomoc. Ciekawe ile jest takich przypadków do całej liczby alkoholików?

Potem się zastanawiałam jaką trzeba być szmatą, żeby gadać takie rzeczy o własnym dziecku, nawet nie będąc pytanym. Dla mnie jest to niepojęte.

Co to k…  kogo obchodzi co piję i gdzie trzymam butelkę i z kim gadam przez internet. To jest w ogóle naganne. Używanie komputera i gadanie do pierwszej w nocy. Bo kobieta według niego to powinna być służącą męża i dorosłych dzieci. Pamiętam, jaki kiedyś był zbulwersowany, gdy wyszło, że nie wstaję przed DOROSŁYMI dziećmi, nie budzę ich i nie robię im śniadania… Jakby nie mieli sprawnych łapek i tych wypasionych komórek z funkcjami budzenia za pomocą jakiego się tylko chce dźwięku.

Ale trzeba mnie pogrążyć i wyśmiać. Na pewno teraz myśli, że mnie skompromitował. Tymczasem sam się wydurnił. Pewnie opowiada po rodzinie. Kupa dziada. Zresztą po krótkim wkurwie z mojej strony, doszłam do wniosku, ze moje zdrowie ważniejsze i niech się  cieszy.

Nawet mi się nie chce do brata dzwonić. Oni też nie dzwonią. Jakieś durne zakłopotanie węszę. Ale co się dziwić, ja się poświęcam moje nerwy wraz z moim dobrym samopoczuciem a oni nadal ciągną ze staruszka kasę. Może  w sumie lepiej, żeby się podzielił, niżby miał przechlać ale gdzie honor?

Widać dla niektórych to pojęcie abstrakcyjne. Kasa, kasa przede wszystkim. Dla paru stówek można się dać wyzwać i znieść wszelkie niedogodności związane z pijaństwem delikwenta.

A ja cóż… Zszargane nerwy, kolejne rozczarowanie. Jedynie jestem zadowolona z porady prawnika. Nie skorzystam z terapii DDA, ponieważ podobno wiąże się to z grzebaniem w ranie… Wolę to opisać. To też jakieś rozszarpywanie blizn. Mam już nawet tytuł. „WSIOKI”

Tytuł jest przewrotny, bo wsiokami nie okazują się w końcu moi sąsiedzi, tylko właśnie ci „miastowi”. Ich znieczulica, ich zakłamanie i godzenie się na wiele w imię świętego spokoju i własnych korzyści. Nawet jakbym miała wydać za kasę w kilku egzemplarzach, to i tak każdy dostanie.

 

 

Piękna żona spawacza.

 Nie wiem jaka waga, nie wiem za bardzo który dzień tygodnia. W ogóle fajnie jest. Istnieje nadzieja, że na głównych portalach nie zobaczę już sportowców celebrytów, czczonych na równi z Panem Bogiem ani ich pięknych żon i partnerek. Ostatni tytuł: „Żony piłkarzy należą do najpiękniejszych.”  Kurde… a zastanawiał się ktoś dlaczego?. Mniejsza z tym. A co z żonami spawaczy? Albo z żonami aktorów? Same brzydoty pewnie…

Debilizm goni debilizm i na dodatek trzeba na to wszystko patrzeć. Ale jest nadzieja, że już za kilka dni buźki i wytrenowane ciała piłkarzy nie bedą zajmować 90 procent powierzchni głównego portalu. Ja wszystko rozumiem ale nie lubię przesady. Ale macie te swoje igrzyska. Większości chodzi o igrzyska. Potem żarcie picie i inne przyziemne sprawy.

Te podzięki za liczne wrażenia. „Dziękujemy za cudowne chwile” …

To są te cudowne chwile. Nie wycieczka z rodziną za miasto, nie obiad z dziećmi, nie koncert muzyka, który całe zycie ćwiczył dla siebie i dla nas. Nie cudowna książka, która daje nam niezapomniane przeżycia.

Dlaczego ja się czepiam. Przecież lubię oglądać sport. Tak, siatkówkę bo graja wysocy faceci. Jazdę figurową na lodzie, bo to według mnie jedna z dziedzin w której NIC nie osiagnę w tym zyciu i nawet w kilku przyszłych. ;)

Dlaczego sie czepiam? Przecież takie zainteresowania i nałogi jakie możliwości. Finansowe, fizyczne, intelektualne i emocjonalne.

Dlaczego się czepiasz? Siedź sobie te parę metrów nad ziemnią, rozmyślaj o innych myślicielach, czytaj nawiedzone ksiażki, wszystkie socjotechniczne pierdy i poradniki jak żyć. Tylko daj innym pożyć.

No dobrze, zostaję tam gdzie jestem. Ale niech inni mi dadzą żyć. Żebym nie musiała bać się otworzyc lodówki. Bo cały czas mam wrażenie, że wyskoczy z niej lewy, prawy, środkowy, górny albo dolny. Albo jedna z ich zon albo partnerek. ( Tak, partnerek. Oni mają partnerki i partnerów, zwykli ludzie mają przyjaciółki i przyjaciół. Szaraki maja kochnaki i kochanków ale już margines ma konkubiny i konkubentów).

No i zapytana taka o recepte na super wygląd, odpowiada że codziennie pije wodę z cytryną zaprawioną kurkumą.

Doznałam olśnienia. Bo robię to samo a nawet jeszcze więcej. Dlatego jestem najpiękniejszą żoną spawacza jaką  znam.

Yeah !!!

A teraz może uda mi się wkleić takie trzy w jednym, czyli jazda figurowa na lodzie, pod super muzykę, graną przez super faceta.  :)