Dziki męski świat.

Taki tytuł bo po raz kolejny dochodzę do wniosku, że właśnie taki jest. Czasem którejś się udaje wydostać spod wpływów i wtedy jest super. Ale reszta bardzo chętnie by ją wciągnęła. No cóż, już wcześniej powiedziałam, że kobieta kobiecie suką, bez obrazy dla płci pięknej u psiaków, bo akurat pies rodzaju żeńskiego jest bardziej czuły i opiekuńczy a w ogóle to w ogień by za nami wskoczył.

Ja sobie siedzę w bezpiecznym miejscu i żaden baran się nade mną nie pastwi, ale to tylko złudzenie. A już jak zaczynam pozwalać sobie, żebym została wciągnięta w netowe pyskówki, to już jest tragicznie. Po raz kolejny okazuje się, że …

No właśnie, CO ?

Mam stary komunikator, który teraz nawet nie wiem kto używa… Może jacyś tradycjonaliści, z sentymentem. Plotkuję tam z koleżankami, z którymi ciężko się spotkać, bo mieszkają w innym mieście. Ale nie ma tygodnia, żeby ktoś nie zaczepił. Pół biedy jak to jest kulturalne, ale zdarza się też jedno słowo: „sex?”  8-O

Taki to chociaż nic nie udaje…  Ale są tacy którzy udają, że chodzi o zupełnie co innego. Aniołku, Perełko i takie tam. A potem agresja bo odmowa na konkretna propozycję. Nawet wykazałam odrobinę dobrej woli i zaproponowałam kawkę, żeby skonstatować czy iskrzy… Przed nikim nie ukrywam, że jestem w separacji, ale chyb a to tylko ośmiela nie w tym kierunku co trzeba. Wiadomo.

No więc nie, żadne takie. Ja TERAZ, NAGLE mam wiedzieć czy prześpię się z facetem którego tam gdzieś widziałam na ulicy przez parę minut w przelocie.

A jak nie, to za kogo się uważam, za Miss Świata? ( Jakby te brzydkie i stare zobowiązane były dawać na prawo i lewo bez szemrania).

No żenada… I to był ktoś, kto uważa się za normalnego i zawsze to podkreśla. Dlaczego ja z takimi wchodzę w dyskusje? Lubię rozmawiać i gadam szczerze na wszystkie tematy, ale chyba nie warto. Na końcu dowiedziałam się, że mam coś z głową… No to potwierdziłam tę tezę puszczając kilka zdań, po których już raczej się nie odezwie.

W międzyczasie odezwała się jakaś Grażyna. Ucieszyłam się, że będzie koleżanka do ploteczek i narzekania. Ale nie Grażyna chciała atakować. Zapytała czy szukam sponsora. W moim wieku? – zdziwiłam się. Bo mam wyzywające zdjęcie na avatarze.

Ja tam stoję pod kościołem, na spocznij, w legginsach i długim swetrze. Twarzy nie widać bo obcięło. Przeprosiłam, że nie założyłam burki albo habitu i skończyłam dyskusję.

Oddzielnie dołuje mnie czytanie komentarzy pod artykułami. Ale o tym już wspominałam. Ostanie dni były ciężkie. A po co tam jechała, a sama sobie winna. A po co się śpieszyła, że wpadła pod metro. A po co ma starą żonę, a w ogóle jak można.

Trochę odbiegłam tematycznie od tytułu. Miałam napisać o pewnym liście z popularnego kobiecego miesięcznika. No więc pan lat 50 dochodzi do wniosku, że żona jest miłością jego życia. No bo wrócił z kolejnej delegacji, gdzie znów był z kolejną „fascynacją” i zdziwił się że zastał puste mieszkanie… Teraz pisze do kobiecej gazety, bo żona czyta, żeby dała mu ostatnią szansę…

Moim zdaniem jest to projekt, żeby wywołać dyskusję. No bo przecież chyba nie ma takich idiotów na świecie. Przecież nawet licealista wie, bo go tego uczą, że gdy coś robi, to wcześniej czy później musi się liczyć w efektami swojej „działalności”.

I tu mi się przypomniał kolega z gg, który też myśli dolnym mózgiem.

Ja żyję w specyficznych warunkach. Siedzę w domu, coś tam sobie dłubię. Nie spotykam ludzi za dużo a jak już spotkam to przeważnie kompletna porażka… Straciłam nadzieję, że spotkam kogoś normalnego, cokolwiek by to miało znaczyć.

Człowiek człowieka traktuje jak przedmiot. Nawet w rodzinie. To co wymagać od byle świra. Nie wiem czy szukać i marzyć czy dać sobie spokój.

 

 

 

 

Sama w wielkim mieście, w małym mieście, na wsi i w domu.

Dawno nie pisałam, wiem. Mało tego, zastanawiam się, czy nie mając nic do powiedzenia, sensownym jest ubierać ten fakt w słowa.

Świat jest nieprzyjazny, ale to  nie jest najgorsze, albowiem boli nieprzyjazność bliższych sfer. Czasem więcej zainteresowania i zrozumienia dostarczy ci obca osoba. Nie bliska.

A właściwie dlaczego znów zaczynam się użalać? Po co to? Widać już tak będzie. Nie cierpię tekstów, że wszystko ode mnie zależy.

Nie cierpię generalizowania i oceniania. Ale czasem generalizuję i oceniam.

Śmieszy mnie walka płci i wzajemne najeżdżanie na siebie, podczas gdy można z wyboru żyć w celibacie.

Śmieszą mnie osoby, które uważają, że wiedzą wszystko i z góry tej swojej zajebistości oceniają drugiego operując schematami, które jak im się przyjrzeć, są wyjątkowo debilne.

Nie daję się wciągać w netowe pyskówki na powyższe tematy. Dlatego nie mam stalkerów. Jakby co to daję im się wygadać. I to wszystko. Zlewam,zlewam, zlewam.

Będę marzyć o normalności, nawet jakby tylko tak miał wyglądać RAJ po śmierci. Nie wiem co mam robić, żeby osiągnąć ten stan za życia.

Właściwie jest już jakiś przebłysk. Chyba choroba ustępuje. Wyniki mam idealne, bez żadnych, nawet małych stanów zapalnych. Czy to jej taki urok, czy mój sposób odżywiania? Nie wiem, ale cieszę się.

Jutro mam wielką jak dla mnie próbę. Sama w obcym mieście. Taka sytuacja to bardzo często treść moich koszmarów sennych. Wiec najpierw wpadłam w panikę, gdy okazało się, że nie ma kto ze mną jechać. Ale potem pomyślałam: zmierzę się z tym. Ha ha.  Jeżeli tutaj nie polegnę to znaczy, że gdzie indziej też powinnam sobie dać radę.

Co do kreatywności… Chciałabym, żebyś był moją MUZĄ.  ❤

Eksperyment prawie socjologiczny ;)

 

 Byłam nieuczciwa. Może nawet popełniłam przestępstwo. Po prostu przez chwilę udawałam kogoś innego. Posłużyłam się zdjęciem modelki zza siedmiu mórz. Ale co właściwie chciałam udowodnić? Tylko to, że atrakcyjniejsi mają powodzenie. Epokowe odkrycie doprawdy. Jeszcze ciekawsze jest to, że atrakcyjniejszym osobom chętniej przypisuje się przymioty takie jak wysoka inteligencja czy pozytywny charakter i wysokie poczucie moralności. A jeden filozof nawet rzucił w powietrze pytanie, czy wnętrze też jest takie doskonałe. Odpowiedziałam zaczepnie, że wnętrze nikogo nie obchodzi, co najwyżej internistę i chirurga. Koleś nie podjął dyskusji, widocznie pytanie było faktycznie tylko rzucone w powietrze.

Gdy juz zaczeło się robić głupkowato, zamieniłam fote modelki na fote z wiocha.pl, oczywiście obcinajac logo. Wszystko było z nim w porządku, poza tym, że pani, nota bene dosyc do mnie podobna, była troche rozchełstana. Ale tylko troche. I miała botoks albo pusch-upy. I nadal miałam szalone powodzenie, aż sama sie zdziwiłam. No po prostu chyba nie byłabym samotna jakis czas. Jakis czas. Właśnie, jaki? Nieważne, w sumei to nie o to chodziło.

Jeszcze mi sie nasuneła myśl, że ja na FB mam portrety od kołnierzyka po czubek fryzury mniej wiecej i może dlatego sporo tracę. Ha ha ha.

Tak więc eksperyment socjologiczny tylko potwierdził to, co juz i tak wszyscy wiedzą.

Zastanawiam się tylko dlaczego coś tak głupiego przyszło mi do głowy. Przecież już dawno miałam wyrobiony pogląd na ten stan rzeczy, na proporcje ludzi normalnych do ludzi trochę innych…

Może dlatego, że w jakiś sposób przeżywam spadek mojej atrakcyjności. Choroba nie tylko powoduje, że nie mam sił. Choroba także powoduje moje drastyczne brzydactwo. Czasem mi się wydaje, że jestem przezroczysta. A całkiem niedawno było co innego. I to nie mówię o okolicach mojej trzydziestki. To było nawet rok temu, a napewno dwa lata temu.

Nawet jak schudnę, co już poważnie zamierzam, to chyba zostanie mi jędzowata twarz. Takie mam problemy hehe. Zespół paniki zamykajacych się drzwi. Ha ha.

Ale przecież nie czuje niechęci do atrakcyjniejszych i młodszych kobiet… Nie ubieram się jak nastolatka… Aha i nie prowokuję erotycznie młodszych mężczyzn. No, co ja poradzę, że podobają mi się starsi. Tylko na ogół takim podobają się młodsze. Kurcze pokomplikowane to wszystko. Na walory mojego intelektu raczej nikt się nie złapie, z tej prostej przyczyny, że nikt nie chce dać szansy. No bardzo śmieszne.  Byłoby śmieszne, jakby nie było prawdziwe.

 Trochę za dużo tu uogólnień, wiem.

Ze mną dobrze a będzie jeszcze lepiej.

Od jakiegoś czasu żyję jak na petardzie. Nie wiem czy pełnej czy niepełnej. Mam sporo energii i chęci do robienia różnych rzeczy. Pomysł goni pomysł i nawet nie starcza mi dnia, żeby wszystkie plany zrealizować. Na dodatek z powodu choroby szybko się męczę, ale nic, pozostają chęci i następnego dnia wszystko kręci się od nowa.

Uwielbiam taki stan. To jest w ogóle coś nowego. Co prawda sporo pracowałam, dokształcałam się i nadal to robię, żeby osiągnąć taki stan. I to mówię nie tylko o sferze fizycznej ale także o psyche.

Nie wiem, czy wystarczyła mi zmiana trybu życia na zdrowszy, czy też przekora, żeby wygrać z chorobą, żeby jej się nie dać. No bo gdy wszystko jest w porządku, wydaje się nam, że tak musi być i tak będzie wiecznie. Niestety to nieprawda.

Przychodzi choroba, jedna czasem druga. Bo nieszczęścia chodzą parami. I wtedy albo pozwalamy żeby choroba rządziła, albo ze wszystkich sił ogłaszamy własną, wewnętrzną mobilizację.

Nie wiem jak to ze mną było. Może działają endorfinki zawarte w niektórych ziołach i przyprawach. Nie wiem. Ale czy to ważne? Ważne, że jest dobrze a będzie jeszcze lepiej. Tak więc trwaj chwilo, jesteś piękna.

Noworoczna, mała euforia.

Przeszło połowa miesiąca stycznia a u mnie fajnie. Sama nie wiem dlaczego, ale nieistotnie bo najważniejsze, że się dobrze czuję. Rozgoniłam stan zapalny lekami a wyniki też prawie idealne. Wskaźniki stanu zapalnego zbliżają się powoli do granicy normy. Jakby było dobrze, gdyby sarkoidoza się wycofywała…

Nawet mam sporo siły. Zdarza mi się nawet wypiekać dwa ciasta na weekend. To niebywałe. W tym tygodniu jestem sama bo wysłałam córkę do dziadka. Po prostu lepiej jej będzie z dojazdami na praktyki. No i mam luz.

Niewiele fizycznie pracuję, skupiłam się raczej na pisaniu. Tak w ogóle trudno mi było osiągnąć w tym systematyczność. A przecież bez tego nie ma mowy o żadnym postępie. Niby to dobrze wiem, ale lenistwo zwycięża. A przecież moja ulubiona sentencja to: nulla dies sine linea .

No dobrze, na siłę pracujemy codziennie. A właściwie to powinno być przyjemnością. Zauważyłam, że gdy coś napiszę to mam lepszy nastrój. Gdy mi się to nie uda, mam potworne wyrzuty sumienia o stracony dzień. To wszystko chyba o czymś świadczy. Już na pewno o jakiejś pasji.

Już nie chce mi się żalić, jak to ojciec mnie olewa, lekceważy. Nie mam ochoty analizować przeszłości. Może kiedyś to zrobię jak będę gotowa. A może nigdy. Może wrócę do tego kiedyś w postaci jakichś zapisków albo książki… No ale kto by chciał coś takiego czytać?

Tymczasem tworzę. Jakoś tak w oderwaniu od tamtych problemów. Dziś zamierzam skończyć jedno z opowiadań. Nie chcę go zamieszczać na żadnym portalu dla piszących. Przekonałam się, że to bez sensu. Opowiadania będę zbierać. Może kiedyś się przydadzą. Skończę dziś albo jutro i zamieszczę w zakładce „Ple ple” albowiem nie mam tytułu. Za wszelkie pomysły jego dotyczące będę wdzięczna.

 

:)  Opowiadanie już jest, zapraszam w zakładkę PlePle

 

 

Nowy rok, nowe szanse?

Wypadałoby podsumować zeszły rok, jak robią wszyscy. Najlepiej od razu pierwszego. Miałam i ja taki zamiar ale…  Totalnie jestem słaba. Fizycznie i intelektualnie. Ból nogi minął ale zaczęło się coś z płucami. Kaszle i pluję. Jest też stan podgorączkowy. Nie mogę już łykać tabletek bo boli mnie brzuch. Wizyta w Instytucie Chorób Płuc dopiero w maju. Ciekawe czy dotrwam.

Pozostaje jakaś dieta, może pomoże. W tej chwili nie mam siły gotować na kilka garnków. No bo nikt nie lubi jarzyn. O surowych produktach nawet nie ma mowy. Nawet nie mam do czego dodać kurkumy ani pieprzu o imbirze nie wspomnę. Te święta pod kątem kulinarnym zupełnie mnie rozregulowały.

Ale już od poniedziałku wracam do dawnego sposobu odżywiania.

Podsumowanie roku? Proszę bardzo: Był okropny. Nie mam zamiaru żalić się, ile to mnie przykrości spotkało, bo to nie ma sensu. Końcówka tez była huczna. Nawet wstyd wspominać. Wypadałoby wyciągnąć z tych wszystkich nauk jakieś wnioski. Na razie układa mi się jeden: Trzymać się z daleka od chamskiego bydła. Bez obrazy dla zwierząt oczywiście. Ale skąd ja mam wiedzieć jaki kto jest naprawdę, skoro się na początku świetnie maskuje a moja podświadomość czy intuicja po prostu śpi.

No cóż, nie ja jedna w dojrzałym wieku ciągle doświadczam negatywnych zdarzeń.

Jak zwykle obiecuję sobie, że nie pozwolę już, że będę robić inaczej, że skupię się na tym co mi przynosi satysfakcje i rozwój. Ciekawe czy spełnię te założenia? Może będę się starać przez jakiś czas a potem dopadną mnie słabsze dni i znów wnerw będzie nadawał ton mojemu żywotowi. A to wcale nie jest dobre.

To może lepiej nic sobie nie obiecywać?

 

 

 

Dziękować i bić pokłony.

Nagle, nie wiadomo skąd, poczułam się całkiem dobrze. Podobno nie ma RZS, jest tylko zapalenie stawu w przebiegu sarkoidozy. Po lekach mogę w miarę dobrze chodzić. Jak niewiele do szczęścia człowiekowi potrzeba.

Przytyłam kilogram, wcale tego nie chciałam ale widzę, że wyglądam lepiej na twarzy. W ogóle bardziej zaczynam się lubić i to sprawia, że dobrze się ze sobą czuję.

Ale przecież nie może być wiecznie dobrze. Akurat mój ojciec po dwóch miesiącach operacji na jelicie znów zaczął ostro pić. Znów wydzwania do mnie i wyzywa. Tyle, że teraz mi to lata koło odwłoka. Nie mam zamiaru znów się dołować, przeżywać wszystkiego i pogrążać się w nowych dolegliwościach. Wystarczy.

Oczywiście według pewnej szacownej komisji, mój ojciec nie jest alkoholikiem, no to co ja mogę. Pewnie jest smakoszem. A niech będzie. Skoro nie jest ubezwłasnowolniony, bo nie ma do tego podstaw to znaczy, że ma wolną wolę i chce jakoś w miarę szybko zakończyć zwój żywot.

Swoja drogą to bardzo niesprawiedliwe. Mieć takie zdrowie i nie szanować go bezkarnie przez tyle lat. Inni zachowują się fair w stosunku do własnego organizmu i mają o wiele mniej szczęścia. No ale kto powiedział, że świat jest sprawiedliwy?

Doszłam do wniosku, że otaczają mnie męskie france. Wyłączając mojego syna i zięcia, ale pewnie dlatego, że to młodzi ludzie. ;)

Nawet miałam zakusy, żeby kogoś uznać za osobowość która jest w porządku. Coś mi jednak mówiło, żebym się specjalnie nie entuzjazmowała. Wtedy uznałam, że mam już obsesję, że jestem przewrażliwioną, zbzikowaną dewotką. I co?

Ano nic. Intuicja miała rację. Wystarczyło jedno zdanie pytające. I wszystko wyszło na wierzch. Jak to mówił mój kolega z lat szkolnych: ” Nie polegaj na pierwszym wrażeniu. Zazwyczaj całe g….o  wypływa później”.

No i jeszcze jedna sprawa. Wszyscy oni uważają, że mam być za wszystko im wdzięczna. Ale nie tylko wdzięczna, ale cały czas mam dziękować. Ojciec za to, że mnie wychował, za to że się starał. Pan mąż za to, że mnie utrzymuje, za to że od czasu do czasu coś kupi dla domu. Że mogę sobie kupić ciucha w lumpie, że mam internet, światło i wodę…  O co tu chodzi, nie mam pojęcia. Mnie jakoś nikt nie podziękował za pewne sprawy. Nie będę wyliczać za co, bo by wyszło, że mi się rozchodzi.

A mnie się już o nic nie rozchodzi. Chciała bym mieć spokój i w pełni nie przejmować się tym, czym nie warto.

No i zauważyłam też, że tych dwóch osobników, z natury bliskich a dalekich jak Pas Oriona, bardzo się wkurza jak widzą, że mam wywalone na pewne sprawy. O co tu chodzi? O władzę nad drugim człowiekiem? No to niech do cholery zainwestują w osobistego psa. Ten, WYTRESOWANY  zawsze się podporządkuje, bo kot to już niekoniecznie.

 

Pustostan.

Pustostannn

 

Właśnie jestem po lekturze. Przeczytałam o tej książce, gdy Paulina Młynarska wspomniała o niej gdzieś, może u siebie. Tak więc zaintrygowało mnie, albowiem uznaję panią Paulinę za osobę która mówi z sensem i robi z tym samym sensem.

Przeczytałam jednym cięgiem. Przeszkadzał mi tylko sen i przerwy w dopływie prądu spowodowane jakimiś tam wymianami transformatorów.

Doznałam szoku. Albowiem widzę tam życie. Swoje własne też. Mało tego, gdybym napisała własną historię, to by pasowała do tych rozdziałów jak ulał. Nie chodzi tu o sposób pisania, tylko o tematykę. Jeden i ten sam odwieczny problem.

Oczekiwania wielopokoleniowe. Strach przed ich niespełnieniem. Toksyczni rodzice. Ciemnota jakaś. W sumie coś się dziwić mentalności z drugiego końca świata jak nasza, swojska też jest destrukcyjna dla naszej osobowości. Ciągle tylko spełniasz oczekiwania innych. Twoje są nieważne. Nie jesteś sobą a już na pewno nie tym, kim chciała byś być. Nie robisz tego co byś chciała. Wyzbywasz się przez lata siebie samej. Jesteś pusta w środku. Jałowa. Pustostan.

Człowiek człowiekowi wilkiem, kobieta kobiecie suką. I to częściej w relacjach pokrewieństwa wstępno – zstępnego. I nie tylko pokrewieństwa. Zresztą równolegle też moim zdaniem nie lepiej…

Nie każda potrafi na czas się ocknąć. Ja sama nie wiem czy potrafię. Niektóre rezygnują. Inne walczą. Latami. Albo wydaje im się, że walczą a efektów nie widać. Tak jak ja.

Czasem zdarzają się cudowne zbiegi okoliczności. Odpowiednia książka. Przeczytany kawałek i brak elektryczności. Wtedy włącza się myślenie. Nie można go zagłuszyć inna książką czy czytaniem bzdetów z neta. Można patrzeć w ciemność i wyciągać wnioski. Dostrzegać analogie. Zdać sobie sprawę z nieciekawej, własnej rzeczywistości.

 

Agnieszka Nietresta-Zatoń  PUSTOSTAN 

 

 

 

Choroby, przemoc ekonomiczna i nic nowego.

Wychodzi na to, że sarkoidoza to nie będzie jedyna moja udokumentowana przypadłość. Pewnie do RZS dojdzie jeszcze głęboka depresja. Psychiatra potrzebny od zaraz. No i prochy. Żeby być ciągle na haju, żeby nie myśleć jak to mi się wszystko nie udało. Może to jeden, pojedynczy atak bólu, może przejdzie. Na razie jednak chodzę jak kaczka z przetrąconymi kończynami, i czasem rzuca mnie w nieprzewidywalne strony. Pól biedy jak jest to wolna przestrzeń, ale gorzej jak jest to ściana albo futryna drzwi. To wszystko z powodu chodu ochraniającego stawy.

Rodzina podchodzi z pretensjami, dlaczego to mnie spotkało i dlaczego nic nie robię w domu, a w ogóle jakim prawem czasem płaczę. To tak wkurza rodzinę, że rodzina hamuje agresję. A w ogóle to na to się nie umiera. Ich zdaniem powinnam zachorować na coś konkretniejszego, żebym padła w pościel, pluła krwią i rozkładała się na ich oczach, byle prędko, bo czegoś takiego nikt nie wytrzyma na dłużej. Oddzielną sprawą są znów pieniądze. Jak śmiałam iść prywatnie do lekarza, przecież od lat mam pewne problemy. Akurat na tego specjalistę czeka się miesiącami a mnie się zachciało wykluczać pewna ewentualność akurat teraz. Powinnam na początku się zapisać na fundusz, to bym się doczekała.

Tym trybem myślenia to powinnam się zapisać już teraz do laryngologa, a nuż mi za 2 lata polip w nosie wyrośnie?

Dzieci stoją za ojcem bo on ma kasę. To moja porażka pedagogiczna. Trzeba było walić po łbach o byle gówno, wydzierać się przy każdej okazji i myśleć tylko o sobie. Po raz kolejny nastąpił paragonowy idiotyzm. Tak wiec chyba zakupy będzie robił ktoś inny. Nie mogę zbierać dowodów bo nie mam siły. Musiałbym ciągle mieć włączone nagrywanie. Ja po prostu nie mam na to warunków. Z panem mężem nie ma sensu gadać, bo zawsze to samo. Jakieś wywlekanie cudów sprzed 20 lat, gdzie podobno parę tysięcy wydawałam na książki miesięcznie… Hmm powinnam mieć już tutaj drugą Bibliotekę Narodową.

I zawsze miałam wielkie wymagania. No prawda. Teraz też mam. Ale na wymaganiach się kończy. Bo prawdą jest, że męża kosztuję tyle co żarcie i trochę wody z mydłem. Ciuchy kupuję w lumpie a buty kupowali mi rodzice. Wszystko inne kupuje za swoje, które mam z rękodzieła. Oczywiście nie ma jakichś tam ekscesów, bo wiadomo jakie to sumy.

To jest jawne skurwysyństwo, tak traktować żonę gdy się zarabia tyle ile się zarabia.

Dużo w tym mojej winy. Trzeba było zostawić dzieci z kluczami na szyi albo pod opieką ciemnej ciotki, gdzie siostrzeńcy mieli niesamowite pomysły a niektóre na granicy prawa. Trzeba było pogonić chora teściową, niech idzie do córki a nie godzić się na rolę darmowej opiekunki, po której się jeździło jak po łysej kobyle. I nie można było nic powiedzieć, no bo to osoba chora i z tego powodu znerwicowana.

Oj to teraz JA. Nadchodzą moje choroby i moje znerwicowanie.

Mam już dosyć. Po co te wszystkie trapie, po co te wszystkie mądre książki, jak koniec końców i tak ci pokażą co jesteś warta i kim jesteś.

 

Tęskniąc nie wiadomo za czym. Albo wiadomo.

Na portalu gdzie zamieszczam moje wypociny, już poszufladkowali twórczość. Jest dolna półka i górna półka. Tak samo dla prozy jak też dla poezji. Szkoda, że nie ma bezdennej szuflady i zakurzonego miejsca pod szafą wraz ze śmieciami i kudłami z kurzu. Moje wiersze trafiają raz wyżej, raz niżej. Trochę chce mi się śmiać, bo nie rozumiem zasad, według których następuje ten rozdział.

Ja w sumie nie oczekuję uznania po tamtejszych czytelnikach. Tylko wydawało mi się, że mogę czasami czegoś nowego się nauczyć. Nie zależy mi też na wydawaniu tomików, albowiem nie chcę sławy a kasy też nie, bo na poezji jeszcze nikt w naszym kraju się nie wzbogacił. To nie Ameryka. :D

Powinnam to robić dla siebie. Obiecałam konkursowy wiersz i oto on:

 

TĘSKNIĄC ZA MEDIOLANEM

 

nie wie dlaczego wciąż jest tutaj a nie tam

wszystko miało być tylko na chwilę

 

w kolejne Boże Narodzenia

przysięga sobie i tym samym ścianom

że to już ostatni raz

ale jest zanurzona po szyję

podobna do posągu z Wyspy Wielkanocnej

 

myśli że pory roku ustawiają się w koło

ona wędruje po okręgu

a naprawdę to spirala

która niemiłosiernie wypycha w przód

 

każda wiosna to odbudowa świata

przeźroczystym niebem

samoloty uciekają na południe

lato jest błogim nicnierobieniem

jeszcze nie jest późno

jesień przychodzi z wyrzutami sumienia

z powodu straconego czasu

zima jest oczekiwaniem

dzień w którym dowie się na co

będzie wielkim

 

prawie nigdy nie gotuje obiadu

tylko patrzy na powtarzalność

która bywa wzorem na tkaninie

 

już nie chce kota

one ciągle gdzieś przepadają

chodzą własnymi ścieżkami

w końcu nastają dni gdy nie przychodzą wcale

zresztą nie potrafi już znieść

wizyt weterynarza o południowym typie dojrzałej męskiej urody

zawsze potem choruje

kilka dni wyjętych z życia

 

gdyby wiedział jak jest blisko

 

powinna uciekać

przed strachem

że nikt nie obejmie i nie przytuli

gdy będzie trudniej

trzymać igłę w palcach

 

ale myśli o ciszy takiej

co dzwoni w uszach najpiękniejszą melodią

zimowy poranek z zamglonym lasem i daleką białą nitką nad horyzontem

to dopiero preludium

 

tymczasem jedwabie się niecierpliwią

pomrukują z rozkoszy gdy przesuwa ręką po grzbietach beli

w sklepie bławatnym

 

jak zwykle rozciąga mapę plątaninę kresek

coraz więcej skupienia aby znaleźć właściwą ścieżkę

od chwili gdy odezwą się nożyce

praktycznie nie ma odwrotu

 

chciała nosić ich miniaturkę

na złotym łańcuchu

wychodzić na koniec pokazu

 

czasem myśli kiedy pęknie nić

łącząca dłonie z sercem

 

kolejny wschód słońca ratuje życie

 * 

 

Zamieściłam tam oczywiście po całym tym konkursie, gdzie wiersz poległ. Ale jak za każdym razem uczy mnie życie – zawsze są lepsi. Ale czym się tu przejmować? Wcale nie muszę być najlepsza… Nie mam takiej potrzeby.

Na tym portalu zaraz musiałam tłumaczyć, że to nie jest konkretnie o tym włoskim mieście. To sprawa umowna. To jest rzecz o wielkim niespełnieniu. Czegokolwiek ono by miało dotyczyć. Może też o samotności… Ale też o jakiejś pasji, która nadaje trochę sensu. I co tu dalej tłumaczyć?